Temat rozmowy "Dzidzia" - druga książka Chutnik, której recenzję możecie znaleźć tutaj.
Fragment wywiadu:
"Dzidzia" to druga książki Sylwi Chutnik. W najblizszą niedzielę prezeska fundacji Mama będzie ją podpisywała na Warszawskich Targach Książki w Pałacu Kultury. Rozmawiamy z nią o książce, syndromie człowieka miastowego i o tym, czy czuje misję ratowania mniejszości
Napisałaś bardzo smutną książkę. Dlaczego?
- Bo taką mamy historię. I nie sądzę, żebym miała jakieś zobowiązania czytelnicze do pisania czegoś ku pokrzepieniu serc i dusz.
Zaskoczyło mnie, że na potrzeby "Dzidzi" opuściłaś Warszawę.
- Zrobiłam to celowo. Część rzeczy, które podobały się ludziom w pierwszej książce, w drugiej z premedytacją odrzuciłam. Nie po to, żeby zrobić komuś na złość, ale dlatego, by udowodnić - przede wszystkim sobie - że nie muszę iść za głosem oczekiwań.
Z czego jeszcze zrezygnowałaś?
- Z gadania. Pofolgowałam sobie tylko w jednym momencie, w scenie na poczcie, bo już nie wytrzymałam. Ale cała reszta jest bardzo mięsista, gęsta. Nie ma przygadywania, nie ma waty, opisów przyrody. Redaktorka wykreśliła mi na czerwono całe bajdurzenie. Wszystkie słowa są potrzebne.
Całość wywiadu znajdziecie na stronie Metra - www.emetro.pl Zapraszam do lektury.
„Kieszonkowy atlas kobiet” to debiut literacki Sylwii Chutnik – absolwentki kulturoznawstwa i Gender Studies, działaczki społecznej, laureatki Paszportu Polityki w kategorii Literatura za 2008 rok. Czy było to zasłużone wyróżnienie? No cóż – nagroda została wręczona, werdyktu nie da się cofnąć. Można się tylko zastanowić nad tym, czy było to słuszne wyróżnienie, co też za moment uczynię.
Jak sam tytuł wskazuje książka Chutnik traktuje o kobietach - ale nie tylko. W książce „Kieszonkowy atlas kobiet” można znaleźć historie czwórki bohaterów – trzech kobiet i jednego mężczyzny. Pierwszą bohaterką jest CzarnaMańka, która porzuca dalszą edukację na rzecz pracy na bazarze. Wciąż poszukuje idealnej miłości, a gdy wydaje się jej, że właśnie ją znalazła, dochodzi o konfrontacji z rzeczywistością, która pokazuje swoje prawdziwe oblicze – jej mąż odchodzi do innej, a Mańka stacza się po równi pochyłej, by w końcu zwariować i rościć sobie prawo do opiekowania się wyimaginowanym dzieckiem. Kolejną bohaterką jest Maria - starsza kobieta, która nie może zapomnieć o wydarzeniach powstania warszawskiego, których była świadkiem. Pomimo lat, które minęły od tamtego czasu, wciąż nie może pogodzić się ze stratą matki. Kobieta wciąż spotyka się z brakiem zrozumienia – jest schorowaną staruszką, a jak powszechnie wiadomo, takie kobiety nie mają łatwego życia w naszym jakże tolerancyjnym kraju. Jest też w książce Chutnik mężczyzna – Marian. Nie jest to jednak taki zwyczajny mężczyzna, którego pasją są samochody czy piłka nożna – w żadnym wypadku, broń Boże. Marian to paniopan, który lubi szyć i haftować. Ostatnią bohaterką - kobietą, a właściwie kobietką jest jedenastoletniaMarysia, która w niczym nie przypomina typowej nastolatki bawiącej się lalkami. Losy wszystkich bohaterów są ze sobą niejako powiązane, ponieważ mieszkają oni w warszawskiej kamienicy przy ulicy Opaczewskiej na Ochocie. Ich rozterki sprawiają, że proza Chutnik idealnie wpasowuje się w nurt gender i queer – Sylwia Chutnik na każdym kroku prezentuje nam rozważania na temat tożsamości płciowej czy też ról związanych z płcią.
Warto zwrócić uwagę na tytuł książki – „Kieszonkowy atlas kobiet” – atlas to książka, w której odnaleźć możemy wszelkiego rodzaju mapy i nie tylko... Podobnie jest w książce Chutnik, która wykreśla mapy, którymi podążamy po psychice każdego z bohaterów – podążamy za ich myślami, zatrzymujemy się w ważnych dla nich momentach. Na końcu okazuje się, że to niejako jedna i ta sama mapa – mapa wyobcowanego i zepchniętego na bok człowieka, który w taki czy inny sposób próbuje poradzić sobie z otaczającym go światem i rzeczywistością, w której nie może się odnaleźć.
Wiele osób chwali Chutnik stwierdzając, że „Kieszonkowy atlas kobiet” to udany debiut. Ja się niestety wyłamię, stwierdzając, że wyróżnienie w postaci Paszportu Polityki było wyróżnieniem przyznanym niesłusznie... W pierwszej chwili podczas lektury książki Chutnik mamy wrażenie, że oto czujemy powiew świeżości, mamy do czynienia z czymś nowym – nic bardziej mylnego. Zaskoczenie szybko mija, ustępując miejsca rozczarowaniu i rozgoryczeniu. Okazuje się, że to, o czym czytamy u Chutnik niczym się nie różni od tego, co widzimy każdego dnia na ulicy, w sklepie, w telewizji. Autorka po prostu zebrała swoje obserwacje i przeniosła je na strony swojej powieści. Zamiast o tym czytać, możemy wyjść na jakąkolwiek ulicę (najlepiej taką, gdzie spotkamy jakiegoś żula, bądź kobiety handlujące byle czym). Mam wrażenie, że ta książka to nic innego jak pisanina dla samego pisania – podobnie jak rozmowa z drugim człowiekiem, która w dzisiejszych czasach przybiera formę paplaniny o wszystkim i niczym. A przecież po to sięgamy po książkę, by przenieść się w inny (najczęściej lepszy) świat. A tutaj zamiast czytać o czymś, co chociaż na chwilę oderwie nas od szarości dnia codziennego, czujemy deja vu – po raz kolejny widzimy miasto, w którym mieszkamy, bądź w który kiedyś byliśmy przejazdem – ludzi, których w każdej chwili możemy spotkać na swojej drodze, a być może mieszkają obok nas.
Bardzo nie podoba mi się język i styl w jakim jest napisana ta powieść. Oczywiście, wraz z lekturą przestajemy zwracać uwagę na te wszystkie wulgaryzmy i przyzwyczajamy się do stylu pisarstwa Chutnik. Na chwilę, na kilka godzin, na kilkadziesiąt stron jestem w stanie przymknąć oko na to wszystko, co wyprawiają dzisiaj polscy pisarze z naszym pięknym, ojczystym językiem, ale jak długo to jeszcze będzie trwało i do czego nas to zaprowadzi? Nie napiszę, że musimy się do tych wszystkich zmian, które mają miejsce w literaturze przyzwyczaić, ponieważ moim zdaniem nie możemy tak po prostu na to wszystko pozwolić – to, że świat się zmienia na gorsze, wcale nie oznacza, że książka też musi stać się czymś takim. Dałam szansę nowej prozie polskiej, dałam szansę Chutnik. Niestety – moje oczekiwania były chyba zbyt wygórowane. Ubolewam nad kondycją literatury – zwłaszcza tej pisanej przez młodsze pokolenie. Dla mnie książka to coś więcej niż tylko manifestacja własnego gniewu, buntu, czymś więcej, niż miejsce na eksperymenty prozatorskie. Wymagam od książki literackiego języka, a nie tylko wulgaryzmów i popisów słownych. Żądam by była na poziomie. Pragnę wzruszenia i silnych emocji. Pocieszam się, powtarzając sobie w duchu: „Całe szczęście, że jest jeszcze cała masa książek, które spełnią moje oczekiwania”.
Nie pierwszy i nie ostatni raz mamy do czynienia w polskiej (i nie tylko polskiej) literaturze z brzydotą, dziwactwem, bólem i cierpieniem.. Tym razem za sprawą książki Sylwii Chutnik „Dzidzia” (oklaski dla Pani Sylwii Chutnik) czytelnik ma do czynienia z historią, która znacząco różni się od tych dotąd prezentowanych, bo oto w jego ręce trafia nowa, lepsza jakość i inne niż dotychczas spojrzenie na matkę Polkę i dziecko, którym musi się opiekować zdana tylko i wyłącznie na siebie. I wszystko było by w porządku, gdyby nie następujący fakt:
„Czwarta córeczka Danuty Mutter urodziła się z wodogłowiem i bez kończyn. Cierpi na padaczkę, porażenie wszystkiego i łupież. Obecnie ma 16 lat, a nazywa się Dzidzia Warzywko, bo nic zupełnie nie może robić. Leży całymi dniami i robi pod siebie. Matka musi sprzątać, matka musi przebierać i obmywać. Bierze taką puchatą gąbkę i szoruje zeschnięte resztki jedzenia wokół kącików ust. Trzeba To karmić, przecież Dzidzia nie ma rąk, żeby chociaż spróbować trzymać w nich łyżkę. Wyciska się więc ze strzykawki wodę, tylko wodę, bo reszta nie jest tolerowana. Dziewczynka chora jest na maszkaronizm, ale tak naprawdę nie wiadomo, co jej jest. <>, powiedział kiedyś lekarz, a lekarze znają się na chorobach, prawda?” [1]
Już ten krótki fragment pokazuje nam, z czym mamy do czynienia w książce Sylwii Chutnik. Resztę można sobie samemu dopowiedzieć, ale gwoli ścisłości i właściwie pro forma dopiszę, że matka Dzidzi ma ciężki żywot – jest przykładem matki Polski umęczonej i osamotnionej w walce o jako taką egzystencje swojego dziecka. Dodać należy, że Dzidzia stanowi karę za grzechy matki Danuty, która w czasie powstania warszawskiego skazała na śmierć dwie niewinne kobiety ukrywające się w jej oborze. Być może stąd właśnie wzięły się wszystkie problemy tej kobiety, która każdego dnia zajmuje się swoim dzieckiem najlepiej jak potrafi:
„Rano matka Dzidzi skończyła sprzątać malutki pokoik i przepycha teraz dziecko z powrotem na łóżko. Posapuje, robi się czerwona, stęka. Ciało Danuty, wykończone przenoszeniem ciała córki, rozdymało resztki mięśni przy najmniejszym wysiłku. Najdziwniejsze były nogi, pokryte niekończącą się mapą żylaków, na które żadne maści nie pomagały. Żyły wrastały między siebie, wbijały się w kości i oplatały jak pnące rośliny każde krzesło, na którym siadały, każde łóżko, na którym spały. Do tego wykręcone na wszystkie strony palce stóp. Szpotawość, płaskostopie oraz odciski uniemożliwiały skorzystanie z letnich promocji w sklepach obuwniczych. Zero japonek czy klapeczek, choćby leczniczych, bo jak do nich wcisnąć obolałe stopiszcza niepodobne do niczego”. [2]
Ale Danuta nie poddaje się, pomimo tego, że jakoś nikt nie kwapi się, żeby jej pomóc i w jakiś sposób ją odciążyć, bądź zastąpić w tych codziennych zmaganiach, radzi sobie i nic nie poradzi na to, że i ją dopada chwila zwątpienia:
„Danuta trzyma tak na lepsze czasy swoje szlochy, jęki i postękiwania. Bo jak dobre czasy. Bo jak dobre czasy przyjdą, jak nam się znowu Matka Boska objawi, to gdzie ja takie ładne łzy znajdę. Gdzie ja takie głośne zawodzenie kupię? To się przyda w sam raz i te moje dzisiejsze pomsty do nieba za sytuację społeczno rodzinną...” [3]
Bohaterem tej książki jest nie tylko jednostka, ale też społeczeństwo, któremu główna bohaterka, czyli Danuta Mutter ciągle musi udowadniać, że jest wzorową matką – jakakolwiek chwila zwątpienia wiąże się z potępieniem i poddaniem w wątpliwość umiejętności sprawowania opieki nad niepełnosprawną córką. A społeczeństwo jest bezlitosne. Dzidzia jest kaleką, którą wiele osób bez ogródek nazwie potworkiem, mutantem, maszkarą – ale tylko wtedy, gdy nikt nie słyszy. Sylwia Chutnik nie bawi się w patos i ugładzenie rzeczywistości – odziera ją wręcz i demaskuje. Rozprawia się ze stereotypem matki Polki, która zdaniem społeczeństwa powinna się cieszyć z tego, że dane jej było urodzić kalekę – powinna dzielnie nosić swój krzyż i dziękować za to każdego dnia:
„To się nigdy nie skończy, to jest ten sam przebój z nudnym refrenem do umęczenia. Muzyka zbyt głośna, słowa zbyt ciche. Wstawać, obsługiwać, spać, zespół, porażenie, cierpieć, umrzeć. Ale! Dopiero nasze społeczeństwo uświadamia zrozpaczonym rodzicom kaleki, jakie ich spotkało szczęście. To nie jest kara. Po prostu dzieciak zanim się urodził, jeszcze jak był małym Aniołeczkiem, to obserwował ludzi na całym świecie i spośród wszystkich wybrał właśnie ich, bo wiedział, że dadzą Mu wszystko, co tylko będą mogli. I dziecko nie ma już niczego, i co chwila nowa choroba. Rodzice już lewitują na ostrym dyżurze. Już im tam pod sufitem duszno. Nie szkodzi, bo to szczęście. Pomożecie im? Pomożemy! Wyśmiejemy debilka, zrobimy na szaro matkę, żeby się babie nie zachciało spacerować nam pod nosem. Na końcu pozamykamy drzwi, żeby nam smrodliwych chorób nie wnosili”. [4]
Siła tej książki tkwi w dosadności języka, jakim pisze Chutnik. Nie zabraknie w niej groteski i czarnego humoru. Temat, który porusza w swojej książce Sylwia Chutnik nie jest tematem nowym, a mimo to, książka jest nieprzewidywalna i szczera do bólu - momentami brutalna i wstrząsająca – zaskakuje na każdym kroku, a lekturze towarzyszą skrajne emocje (i skrajne reakcje). Jedno jest pewne – nie można przejść obok niej obojętnie.