Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beletrystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beletrystyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2011

Sara Gruen "Woda dla słoni"

Dawniej jedną z nielicznych rozrywek, na którą ludzie czekali cały rok, a czasem nawet więcej był cyrk - długie kolumny wagonów, pełne zwierząt, artystów i dziwolągów podróżowały od miasta do miasta. Ludziom zapalały się iskierki w oczach a serca rozpierała euforia. Dziś, w dobie komputerów i rozwoju techniki cyfrowej, cyrk stał się przeżytkiem, czymś archaicznym, odszedł do lamusa. Cyrkowe popisy czy wręcz popisowy numer wieczoru nie jest właściwie niczym specjalnym w porównaniu z tym, co obecnie proponuje telewizja czy Internet. Jest jednak coś, czego media i efekty specjalne, będące wynikiem pracy wielu specjalistów nigdy nie zastąpią. Tym czymś jest związana z cyrkiem otoczka klimat jaki wytwarza, oczekiwanie i napięcie. Cyrk urzeka a popisy artystów, doskonalących się przez lata zapierają dech w piersi, nie tylko dzieciom. I właśnie świat cyrku postanowiła opisać Sara Gruen, autorka bestsellerowej książki „Woda dla słoni”. 

Bohaterem książki Gruen jest Jakob, młody student weterynarii, bliski ukończenia renomowanej uczelni i rozpoczęcia praktyki u boku ojca. Gdy jego rodzice giną w wypadku samochodowym, wszystkie jego dotychczasowe plany legną w gruzach. Załamany Jakob nie jest w stanie przystąpić do egzaminów. Nie może też zrealizować swojego marzenia – zostaje bez dachu nad głową i bez środków na dalsze utrzymanie. Lecznicę należącą do ojca, w której syn po ukończeniu studiów miał pracować przejmuje bank, w zamian za niespłaconą hipotekę. Jakob snuje się bez konkretnego celu, rozmyślając nad swoim losem i możliwościami jakie mu pozostały. Nie zastanawiając się długo postanawia dostać się do mijającego go właśnie pociągu, jak się później okazuje, należącego do Wuja Ala, właściciela Najbardziej Osobliwego Widowiska na Ziemi Braci Benzinich, czyli objezdnego cyrku wędrującego od miasta do miasta. I w ten oto sposób zaczyna się życiowa przygoda byłego studenta weterynarii, który przed długi czas nie będzie narzekał na nudę i stagnację. 

Barbara rozpalająca do czerwoności wszystkich mężczyzn, Urocza Lucinda, wytatuowany na całym ciele mężczyzna, kobieta wymiotująca rozmaitymi rzeczami na zawołanie, to tylko nieliczne atrakcje cyrku Wuja Ala. Jednak tym, o czym marzy właściciel Najbardziej Osobliwego Widowiska na Ziemi Braci Benzinich, są dziwolągi i mutanty nie z tej ziemi, za które zapłaci każdą sumę. I jeśli tylko dla któregoś artysty zabraknie miejsca, gotowy jest usunąć z pociągu mniej wartościowych robotników. Więc, gdy pewnego dnia w cyrku pojawia się słoń, kilku delikwentów zostaje z pociągu wysadzonych. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że słoń rozumiał polecenia wypowiadane po polsku, co odkrył bohater książki, Jakob, notabene Polak. Zresztą nazwisko Jankowski mówi samo za siebie. Zaczyna się prawdziwa zabawa, w końcu cyrkowe życie toczy się pełną parą a Najbardziej Osobliwe Widowisko na Ziemi Braci Benzinich przyciąga całą rzeszę widzów. 

To, co czyni tę książkę inną, wyjątkową jest cyrk, pokazany z nieco innej perspektywy – od kuchni. Autorka pokazuje czytelnikowi jak to wszystko wygląda, gdy kończy się precyzyjnie przygotowany show. Gdy widowisko się kończy, orkiestra przestaje grać, brezentowe namioty są zwijane, a zwierzęta zapędzane z powrotem do klatki, cyrk traci swój czar i urok. To, co wcześniej hipnotyzowało i pochłaniało bez reszty uwagę widzów, okazuje się być wykreowanym na potrzebę żądnych rozrywki widzów światem, w gruncie rzeczy odbiegającym od rzeczywistości. Koń, który rzekomo powinien być odmieńcem, a jego głowa ponoć znajduje się tam, gdzie znajdować powinien się zad, ma po prostu koński ogon umieszczony nad wiadrem z owsem a Urocza Lucinda traci swój urok i staje się otyłą kobietą, nad której nieszczęściem ktoś powinien się zlitować. 

Sara Gruen ukazuje nam pracowników cyrku, ich codzienność, niejednokrotnie rutynę ale także pasję i zamiłowanie. Dla większości tych osób, cyrk jest całym życiem. Taką osobą był główny bohater – Jakob ukazany w dwóch etapach życia przeplatających się w książce. Raz młody student, pracownik cyrku i raz dziewięćdziesięcioletni starzec mieszkający w domu opieki, który w ostatnich latach życia powraca wspomnieniami do tego, co minęło, racząc nas osobliwą opowieścią. Cyrk był całym światem Jakoba, tam poznał swoją miłość, tam wychowywały się jego dzieci i tam spędził większość swojego życia. 


„Woda dla słoni” to pasjonująca historia, pełna cyrkowych ciekawostek, anegdot i humoru. Żywa i porywająca narracja, wciąga czytelnika bez reszty i nie pozwala się oderwać aż do ostatniej linijki. Polecam gorąco.

niedziela, 8 maja 2011

Rachel Cusk - Wariacje na temat rodziny Bradshaw + konkurs


Rachel Cusk ma na swoim koncie kilka powieści i kilka znaczących wyróżnień. Jej proza porównywana jest do tego, co wyszło spod pióra Virginii Woolf czy Zadie Smith. Nie ukrywam, że owe porównania znacząco przyczyniły się do mojego zainteresowania osobą Cusk, które spotęgowane zostało po przeczytaniu wywiadu w „Wysokich obcasach”. Dotychczas w Polsce ukazały się trzy powieści tej autorki – postanowiłam sięgnąć po ostatnią, jaka została wydana, czyli „Wariacje na temat rodziny Bradshaw”. 

 Zadajmy sobie dosyć proste pytanie: O czym jest właściwie ta książka? Odpowiedź w gruncie rzeczy okaże się trudniejsza, niż nam się wydaje. Początkowo widzimy rodzinę jakich wiele – Thomas, jego żona i córka; młodszy brat Howard, z żoną i dziećmi; oraz ich rodzice. Jest jeszcze współlokatorka Thomasa i Tonie, Olga. „Wariacje na temat rodziny Bradshaw” to zapis wydarzeń jakie mają miejsce w ciągu jednego roku. Wszyscy bohaterowie z czasem pokazują nam swoje „ja”, chociaż nie mamy co liczyć na odkrycie wszystkich kart. Ich relacje międzyludzkie, czy też wewnętrzne spostrzeżenia  pozostają nieznane nie tylko nam – wobec bliskich sobie osób nigdy nie są wystarczająco szczerzy i otwarci. I to jest jeden z ciekawszych zabiegów Cusk, która pozostawia wiele w sferze niedomówienia. 

Rodzinę Bradshaw poznajemy w dosyć osobliwy sposób – po prostu wkraczamy w ich życie, które toczy się normalnym rytmem. Dostajemy niejako wycinek z tego życia, bez początku i końca. Cusk nie skupia się na fabule – ona jest tylko dodatkiem, pretekstem, żeby przyjrzeć się bohaterom i ich problemom.

Nie daje mi spokoju słowo „wariacje”, w którym  upatruję klucza do interpretacji tej książki i właściwego odczytania przesłania zawartego przez Cusk. Nie znam się aż tak dobrze na muzyce, ale wiedza jaką dysponuję sprawia, że patrzę na tę powieść jak na utwór. „Wariacje na temat rodziny Bradshaw” jawi mi się jako książka, która przekracza granice i ramy wyznaczone dla literatury. Momentami przypomina utwór muzyczny, ale jakby niedokończony. My, czytelnicy jesteśmy niczym słuchacze, którzy wchodzą spóźnieni na koncert – zostajemy wrzuceni w świat, w utwór, który żyje już od jakieś czasu. Każdy bohater, to inny instrument, który ma swój rytm, swoją melodię - żeby go zrozumieć, musimy zamienić się w słuch. Każdy bohater ma tutaj swoją partię do odegrania.

Ta książka na wskroś przesiąknięta jest muzykalnością – i nie chodzi tutaj tylko o ciągłą zmianę tempa, nastroju, zmianę bohatera, bądź lekcje gry na fortepianie, które pobiera Thomas, ale o coś, co kilka razy pojawia się w tekście i jeszcze bardziej upodabnia tę powieść do utworu muzycznego:

„Kuchnia jest ponura i zabałaganiona. Claudia zapala światło. Zaczyna sprzątać. Wkłada do szafek garnki i patelnie, które stoją na suszarce. Chowa wszystko, co zalega na blatach. Aluminiowe garnki stukają, kiedy stawia je na półkach. Otwiera drzwiczki szafek, to znów zamyka je z trzaskiem. Szklanki dzwonią o siebie, filiżanki brzęczą na podstawkach. Otwiera lodówkę, wyjmuje całe naręcze produktów i kopniakiem zamyka drzwi. Nadeptuje na pedał, który otwiera kosz na śmieci, i pokrywa kosza dźwięczy jak cymbał, uderzając z impetem o ścianę. Claudia wyrzuca do kosza kolejno puste kartony po mleku, zepsute resztki jedzenia, stare plastikowe pojemniki. Z łoskotem znikają w szeleszczącej głębinie. Claudię otaczają dźwięki – jest kompozytorką tworzącą szaloną, pełną dysonansów symfonię. Znów trzaska drzwiczkami szafek. Wyjmuje szufladę ze sztućcami i wyrzuca jej zawartość na stół, czemu towarzyszy energiczna kaskada stali. Noże, widelce i łyżki dźwięczą, kiedy wrzuca je z powrotem do właściwych przegródek”. [1]

Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z Rachel Cusk było bardzo satysfakcjonujące... Z całą pewnością moja przygoda z prozą autorki „Wariacji...” nie zakończy się na tej książce. Polecam. Naprawdę warto. 

[1] Rachel Cusk, Wariacje na temat rodziny Bradshaw, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, str. 187 – 188

Uwaga, uwaga :) Konkurs !!!
Mam dla Was niespodziankę w postaci konkursu :) Wśród komentujących rozlosuję 3 książki - jedną będzie właśnie książka Rachel Cusk :) ... Losować będę w środę :) 

niedziela, 1 maja 2011

Za siedmioma wzgórzami... (Bruce Chatwin "Na Czarnym Wzgórzu")

„Na Czarnym wzgórzu” to trzecia książka Bruce’a Chatwina – angielskiego pisarza i podróżnika. W przeciwieństwie do jego poprzednich powieści, akcja książki nie została usytuowana w egzotycznych realiach, ale na pograniczu Anglii i Walii. Właśnie tam, na odludziu znajduje się farma „Widzenie”, która już od samego początku jawi się czytelnikowi jako coś zjawiskowego:
„Jedno z okien wychodziło na zielone pola Anglii, drugie na Walię i na wznoszące się za modrzewiami Czarne Wzgórze [...] Dom, ze ścianami pokrytymi tynkiem kamyczkowym i omszałymi kamiennymi płytkami na dachu, stał w głębi podwórza, w cieniu starej sosny. W dole za oborą rósł sad ze skarlałymi od wiatru jabłonkami, dalej pola schodziły do lesistej kotliny, a nad strumieniem rosły brzozy i olchy. Dawno temu farma nazywała się Ty – Cradoc – do dziś w tych stronach można spotkać nazwę Caractacus – ale w 1737 roku chora dziewczynka Alice Morgan ujrzała Najświętszą Panienkę unoszącą się nad grządką rabarbaru i pobiegła do kuchni, uzdrowiona. Na cześć cudu ojciec dziewczynki przemianował famę na „Widzenie”, a na nadprożu nad werandą wyrył inicjały A.M., datę oraz krzyż. Podobno granica między  Radnor a Herefordem biegła przez schody” [1].
Farma zamieszkiwana jest przez rodzinę Jonesów: porywczego Amosa, który jest głową rodziny; jego żonę Mary, która trwa przy boku swojego męża na dobre i na złe, oraz jednojajowych braci bliźniaków – Jamesa i Beniamina. To właśnie braci poznajemy jako pierwszych, w chwili gdy obaj mają po osiemdziesiąt lat. W kolejnych rozdziałach zastosowany jest zabieg retrospekcji – cofamy się w czasie by poznać nieskończoną liczbę szczegółów prowadzących do zamieszkania na farmie przez ich rodziców, a potem przez samych braci. Po początkowym zaskoczeniu otrzymujemy historię, w której wydarzenia przedstawione są chronologicznie. Można się pokusić o stwierdzenie, że to coś więcej, niż tylko jakaś tam barwna historia – jako, że w książce główni bohaterowie raz po raz rezygnują ze swojej roli na rzecz ukazania losów pozostałych mieszkańców, można określić powieść „Na Czarnym Wzgórzu” jako swoistego rodzaju kronikę.

Książka Chatwina to opowieść, w której można się zatracić... Autor pokazuje nam tą powieścią, jak powinna wyglądać dobra literatura, w której każde zdanie ma swoje miejsce, a historia którą opowiada momentalnie przenosi nas do innego świata – świata, który w tej książce przejmuje ster i wędruje, zmieniając się na naszych oczach (dotychczas to bohater wędrował w książkach Chatwina). Oczywiście nie jest to podróż dosłowna, a raczej podróż w czasie, który nieubłaganie ucieka zostawiając wszystko w tyle i odciskając piętno na wszystkich i wszystkim z czym tylko ma styczność. Ale nie tylko świat się zmienia. Każdy miesiąc czy rok, to zmiany, które niemal niezauważenie wkradają się w relacje głównych bohaterów, a które my, jako czytelnicy mający dystans do opowieści snutej przez autora, mamy okazję zaobserwować.

To niesamowite, jak Chatwin potrafi w jednej chwili oczarować swoją historią... Chylę czoła jego wrodzonemu talentowi do opowiadania interesujących i bogatych w szczegóły historii... W chwili gdy kończę czytać jego powieść, w wyobraźni pozostają piękne widoki, scenki rodzajowe i niezwykle barwne sylwetki bohaterów, a w sercu wielki żal, że jego dorobek jest tak skromny. 

[1] Bruce Chatwin, Na Czarnym Wzgórzu, Świat Książki, Warszawa 2010, str. 10

piątek, 29 kwietnia 2011

Stąpając po niepewnym gruncie (Anna Piwkowska "Ślad łyżwy")

Z osobą Anny Piwkowskiej spotkałam się zupełnie przypadkowo za sprawą książki „Ślad łyżwy”, która ukazała się w 2007 roku i jest jej pierwszą powieścią. Na książkę trafiłam przeglądając ofertę pewnej księgarni, która oferowała dosyć sporą wyprzedaż. W pewnym momencie mój wzrok zatrzymał się na tym właśnie tytule. Do dyspozycji miałam jedynie opis - o książce nigdy dotąd nie słyszałam i nikt z moich znajomych jej nie czytał...  Zdając się na swoją intuicję, zamówiłam ją. Nie ukrywam, że książka okazała się mieć ogromną siłę przyciągania. Chwilę po tym jak pojawiła się w moim domu zaczęłam ją czytać.

„Ślad łyżwy” to historia ukazująca losy rodzeństwa – Abla i Anabel, których łączy kazirodczy związek. Wydarzenia ukazane są z perspektywy dziewczynki, która nie może poradzić sobie z wyjazdem brata, który pewnego dnia udaje się do Wiednia, aby tam kontynuować swoją edukację.

Poszukując informacji na temat autorki, a także książki „Ślad łyżwy” trafiłam na wzmiankę informującą o tym, że Anna Piwkowska inspirowała się losami George’a Trakla (austriackiego poety). „Ślad łyżwy” stanowić miał opowieść o Traklu i jego siostrze Margarethe. Autorka zrezygnowała z pierwotnych zamierzeń, skupiając się na dziewczynce, jej dojrzewaniu i postrzeganiu świata, a zwłaszcza relacji z bratem, który z czasem z Trakla zmienił się w Abla.

Spodziewałam się powieści, a tymczasem trafiła do mnie cieniutka książeczka, w której teksty to krótkie zapiski, przypominające urywki wspomnień Nie żeby był to dla mnie jakiś problem - bardziej chodzi o kwestię nastawienia przed przystąpieniem do lektury. Patrząc na dotychczasowy dorobek Anny Piwkowskiej pokuszę się o stwierdzenie, że na formę, jaką przybrała ta książka miał wpływ wcześniejszy dorobek autorki, która ma na swoim koncie kilka tomików poetyckich, a także fakt, że jest ona eseistką. Chociaż żadnego tekstu znajdującego się w tej książeczce nie można nazwać esejem, z całą pewnością każdy nosi mniejsze bądź większe zmamiono tego gatunku.

Teksty, które możemy odnaleźć w tej powieści są niezwykłe opisy i poetycki język, który sprawia, że nie do końca wiadomo z czym tak naprawdę mamy do czynienia – z powieścią, czy może poezją. Na pierwszy plan wysuwa się niesamowita plastyczność i obrazowość opisu – w jednej chwili jesteśmy w stanie wyobrazić sobie wszystkie kolory i miejsca, które opisuje nam główna bohaterka.

„Ślad łyżwy” to powieść wielowymiarowa i synestezyjna - autorka angażuje w lekturę wszystkie nasze zmysły: widzimy oryginalne połączenia kolorów i soczyste barwy, czujemy zapach kawy parzonej w kawiarni, w której przebywa Anabel i smak potraw, których nie chce jeść, słyszymy również jak gra na fortepianie... Detal odgrywa tutaj bardzo ważną rolę, a my czytając, mamy świadomość jego obecności i wielkiej siły z jaką oddziałuje na nas. Wrażenie to potęguje tematyka, która przewija się przez całą książkę, a mianowicie sztuka, z którą mają styczność główni bohaterowie.

Wszystkie te barwy, smaki, dźwięki, zapachy zdają się opisywać i stany emocjonalne i przeżycia zarówno bohaterów – strach, radość, tęsknota, pożądanie, miłość, rozpacz. Z każdą kolejną stroną lepiej poznajemy świat Anabel. Jej lęki i portret psychologiczny zostały niezwykle sprawnie ukazane. Autorka nie skupia się zbytnio na fabule – ona stanowi jedynie dodatek do tego, o czym myśli główna bohaterka, która momentami nie bardzo potrafi poradzić sobie z rzeczywistością, w której musi żyć. Ale mimo wszystko nie poddaje się – trwa w swojej wędrówce przez życie, a my z każdą kolejną stroną coraz bardziej utwierdzamy się w swojej chęci towarzyszenia jej.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Pomieszanie z poplątaniem (Jakub Małecki "Dżozef")

Zawsze mam problem z książką, która doczekała się dużej ilości recenzji, bo chociaż w gruncie rzeczy zgadzam się z większością, to mimo wszystko chciałabym napisać o niej co odkrywczego. Po chwili namysłu zwykle dochodzę do wniosku, że nie ma nic złego w tym, że moje spostrzeżenia  pokrywają się z wrażeniami i opiniami innych. To chyba nawet dobrze, bo dzięki temu jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dana książka jest świetna, tak jak to miało miejsce w przypadku ostatniej powieści Jakuba  Małeckiego. Ale od początku...

Jakub Małecki ma na swoim koncie kilka powieści i kilkanaście opowiadań, dlatego dziwi mnie, że dopiero teraz o nim usłyszałam. Myślę, że głównym powodem mojej niewiedzy jest fakt, że wszystko co dotychczas napisał ten młody autor klasyfikowane było jako fantastyka, bądź literatura grozy, a ja rzadko po tego typu literaturę sięgam. Jego ostatnia książka z powodzeniem mogłaby stanąć na półce z tabliczką „fantastyka”, gdyby nie to, że fantastyka występuje tam jako jeden z ważniejszych, ale nie jedynych elementów.

Tym, co przyciągnęło mnie w pierwszej kolejności do książki Małeckiego, była niesamowita okładka z widniejącym na niej kozłem. Następny w kolejce był zaskakujący opis po krótce nakreślający, z czym potencjalny czytelnik będzie miał do czynienia:
„Dżozef" Jakuba Małeckiego to intrygujące połączenie realizmu magicznego z powieścią dresiarską. Grzesio Bednar, absolwent szkoły zawodowej na warszawskiej Pradze, spotyka na swej drodze „złych ludzi", którzy łamią mu nos i zabierają telefon. Na domiar złego napuchnięta twarz chłopaka nie podoba się pracodawcy, a dziewczyna nie potrafi zrozumieć, jak można było do niej zaraz po wypadku... nie zadzwonić. Bednar trafia do szpitala. W sali poznaje trójkę mężczyzn, przekraczających smugę cienia. „Kurz" to rzutki biznesmen, „Maruda" jest wiadomo jaki, a „Czwarty" okazuje się bibliofilem i dziwakiem - czyta bez opamiętania książki Josepha Conrada, a kiedy zaczyna gorączkować, dyktuje Grzesiowi tajemniczą opowieść. Wkrótce szpitalna rzeczywistość zaczyna przypominać świat z koszmaru klaustrofobika. Czyżby demony z majaków „Czwartego"?
Realizm magiczny? Koszmar klaustrofobika? Jako, że lubię pomieszanie rzeczywistości z fikcją, nie mogłam pozostać dłużej obojętna wobec najnowszej powieści Małeckiego, która to bezpowrotnie wciąga niemal od pierwszej strony. Dalej jest już tylko lepiej za sprawą wielu elementów, które autor niezwykle umiejętnie łączy ze sobą sprawiając, że żaden nadmiernie nie dominuje nad całością. Fikcja jest odskocznią od rzeczywistości, do której zawsze wracamy na czas, dzięki czemu oba światy uzupełniają się w dosyć ciekawy i oryginalny sposób. I na tym nie kończy się wyjątkowość książki Małeckiego. Poza tą mieszanką jest jeszcze nietypowy styl, w którym wulgaryzmy występują obok cytatów z Conrada.

Dawno nie czytałam tak wyrazistej powieści, której akcja nie zatrzymuje się ani na moment, czym zresztą Małecki podbił moje serce. Równie ważni są tutaj bohaterowie, których autor niezwykle dokładnie odmalował na kartach powieści. To oni są najmocniejszą stroną książki – zaraz po fabule, która z każdą kolejną stroną zaskakuje nas czymś nowym i nieoczekiwanym.

Trudno tę powieść jednoznacznie zaklasyfikować – za każdym razem pojawia się element, który otwiera kolejną szufladkę. A to prosty język, który przypina „Dżozefowi” łatkę powieści dresiarskiej, a to odrobina napięcia rodem z powieści sensacyjnej, bądź  horroru, a to trochę przemyśleń, nad którymi warto się zatrzymać. Na pierwszy rzut oka iście karkołomne połączenie, które o dziwo ani przez chwilę nie zgrzyta, tworząc doskonałą całość, w której każdy element ma swoje miejsce i czas. Bez wątpienia polecam każdemu.

niedziela, 6 marca 2011

Siła przypadku (Mark Watson - "Jedenaście")

Po książkę „Jedenaście”, której autorem jest Mark Watson sięgnęłam z ciekawości… Jednym z wabików było stwierdzenie, że powieść ilustruję teorię „efektu motyla”:

„Pomysłowa, napisana z wdziękiem i humorem powieść obyczajowa, ilustrująca teorię „efektu motyla”. W jednej z londyńskich rozgłośni Xavier prowadzi audycje, dając słuchaczom jak najlepsze rady. Lecz sam niezbyt sobie radzi. Pewnego dnia nie umie zapobiec pobiciu trzynastolatka. Ten z pozoru nie znaczący epizod wywołuje lawinę zdarzeń w życiu różnych osób, z których ostatnia zmieni los samego Xaviera... Błyskotliwa i ciepła opowieść o sile przypadku, gniewie i miłości w sieci stosunków międzyludzkich, jaką stanowi wielkie miasto”.

„Jedenaście” świetnie pokazuje jak jedno zdarzenie potrafi skomplikować życie kilkunastu osobom. Watson zaserwował czytelnikowi bardzo dobrą historię – losy bohaterów doskonale ilustrują siłę przypadku, który czy tego chcemy czy nie, komplikuje nasze życie w najmniej odpowiednim momencie. Powieść „Jedenaście” porusza problem wspomnień i przeszłości – Xavier musi zmierzyć się w pewnym momencie z tym, co pozostawił za sobą wyjeżdżając do Londynu. Nie jest to łatwe, ale wykonalne – jego problemy stają się naszymi problemami. Wraz z nim odkrywamy, że my też mamy gdzieś kilka niedokończonych spraw, niewyjaśnionych sytuacji, a nasze działania mają ogromny wpływ na życie innych ludzi. Dlatego też powieść ta jest tak interesująca - z jednej strony jest lekka i zabawna, z drugiej strony skłania nas do refleksji i zastanowienia się nad własnym postępowaniem.

„Są książki naprawdę dobre, których nie chcemy skończyć czytać, bo co zrobić, gdy żal po rozstaniu z opowieścią jest większy niż radość z zakończenia lektury?”

Faktycznie – żal rozstawać się z tą książką, zwłaszcza po zakończeniu, które serwuje autor. Żal, że nasza znajomość z bohaterami książki kończy się w taki, a nie inny sposób. Wiele wątków zostaje tylko zarysowanych i nie rozwiązanych do końca. Zastanawiam się nad sensem takiego rozwiązania – być może autor chciał pobudzić naszą wyobraźnię do działania. Czasem lepiej pozostawić coś w sferze niedopowiedzenia, niż wiedzieć wszystko. Otwarte zakończenie doskonale się tutaj sprawdza - możemy sami pobawić się w odgadywanie przyszłości bohaterów, którzy z każdym kolejnym rozdziałem mnożą się czyniąc lekturę powieści "Jedenaście" jeszcze bardziej wciągającą.
Polecam licząc na to, że spodoba się Wam tak samo jak mi.

Cytaty pochodzą z not wydawniczych oraz z okładki książki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...