Do udzielenia odpowiedzi zaprosiła mnie Kornwalia, za co bardzo jej dziękuję :) Życzę wszystkim miłej lektury.
Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?
Od jakiegoś czasu jest to Norwegia, a wszystko za sprawą książki „Kradnąc konie”, której autorem jest Per Petterson. Ale nie tylko Norwegia przyciąga mnie jak magnes – to również Szwecja i Finlandia, czyli kraje nordyckie. Duzy wpływ na mój wybór miała też Elina Hirvonen dzięki książce „Przypomnij sobie” oraz Majgull Axelsson i jej „Dom Augusty”.
Jak magnes przyciąga mnie też do siebie Alaska, w której zginął Christopher McCandless - bohater książki "Wszystko za życie" napisanej przez amerykańskiego dziennikarza, pisarza i podróżnika Jona Krakauera.
Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania na wakacje?
W wakacje często bywam na działce, która jest oddalona o jakieś 30 min. jazdy samochodem od mojego rodzinnego miasta (a dokładniej w Płazie, za Chrzanowem) – nieopodal jest las, do którego często chodzę z rodzicami na grzyby. Często czytam książkę siedząc w cieniu mirabelki, albo, gdy jest bardzo gorąco na ganku, który jest naszym schronieniem przed słońcem. Ostatnimi czasy też przed domkiem, pod rusztowaniem, po którym pnie się winogron. Cisza, spokój i atmosfera sprzyjająca lekturze. Jeśli nie jestem akurat na działce, to zdarza mi się czytać na balkonie, albo tam, gdzie zawsze, czyli siedząc na moim łóżku.
Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.
„Sekretne życie pszczół” to chyba idealna lektura na upalne lato. Daje chwilę wytchnienia, wnosi w nasze życie nieco optymizmu… Mogłabym też polecić coś na ochłodę ;) np. „Kradnąc konie” P. Pettersona.Mroźna Norwegia z pewnością utemperuje to nieznośne lato.
Jaka jest Twoja najnowsza lektura? Co zaczęłaś czytać?
Na chwilę obecną kończę czytać „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego oraz „Szklany klosz” S. Plath. Na dniach zacznę czytać zbiór opowiadań Agnieszki Osieckiej „Biała bluzka”.
Do zabawy zapraszam Beel :) (www.brulionbeel.blox.pl/html)
Samotność to stan wyjątkowy – różne są jego oblicza. Dla jednych jest przekleństwem, dla innych czymś, bez czego nie da się żyć. Czasami uciekamy od niej, by znów – na własne życzenie wpaść w jej objęcia. W gruncie rzeczy – wszędzie możemy jej doświadczyć, nawet znajdując się w otoczeniu setki osób. O samotności, która czasem staje się dla nas ciężarem traktuje książka „Samotność liczb pierwszych”, której autorem jest dwudziestosześcioletni fizyk z wykształcenia – Paolo Giordano. Od czasu premiery, książka odniosła wielki sukces, o czym może świadczyć blisko dwa miliony sprzedanych egzemplarzy. „Samotność liczb pierwszych” to zaskakujące połączenie matematyki, poprzez którą autor zdaje się tłumaczyć zależności występujące pomiędzy ludźmi – ludźmi niepotrafiącymi dostosować się do otoczenia. Są jak liczby pierwsze, które nie zawsze mogą trafić na bliską osobę:
„Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne, i dlatego fascynowały Mattię. Czasami myślał, że znalazły się przypadkiem w tym ciąg, uwięzione jak perełki nawleczone na nitkę...” [str. 139]
Takimi samotnymi liczbami są bohaterowie książki „Samotność liczb pierwszych”– Mattia i Alice, którzy odstają od reszty rówieśników. Alice to anorektyczka niepotrafiąca znaleźć wspólnego języka z własnym ojcem, a Mattia to zamknięty w sobie chłopak, które od wielu lat nie opuszczają wyrzuty sumienia związane z zaginięciem jego siostry bliźniaczki. Ich losy splatają się ze sobą zupełnie przypadkowo - gdyby nie „życzliwe” koleżanki, Alice zapewne nigdy nie poznałaby Matti.
Dominującym tematem tej powieści jest samotność, która prędzej czy później dotyka każdego z nas – czy tego chcemy czy nie. Tym, co odróżnia tę pozycję od innych książek traktujących o alienacji i osamotnieniu, jest ciekawa i oryginalna wariacja na temat dwóch połówek jabłka. Autor ukazuje nam owe połówki, które raz po raz się do siebie zbliżają, ale nigdy nie mogą stworzyć całości, nie mogą dopasować się do siebie na dłużej. Zarówno Alice jak i Mattia kroczą swoimi własnymi ścieżkami, są samotni wśród tłumu. Są okaleczeni emocjonalnie, szukają siebie nawzajem, a gdy już dochodzi do spotkania, na nowo oddalają się od siebie, robiąc krok do tyłu. Ich wzajemna relacja ogranicza się tylko i wyłącznie do przyjaźni, chociaż niejednokrotnie miała szansę na to, by stać się czymś więcej.
Okrzyknięcie książki Giordano mianem bestsellera wcale mnie nie dziwi – książkę czyta się świetnie, a lektura wciąga od pierwszych stron. Nie jest to klasyczny love story ze szczęśliwym zakończeniem, a raczej książka traktująca o aspołeczności głównych bohaterów, która momentami doprowadzona zostaje wręcz do absurdu. „Samotność liczb pierwszych” to coś więcej niż tylko powieść – to stadium alienacji, która momentami zdaje się dominować i kierować życiem głównych bohaterów, którzy nie potrafiąc pokonać swojej samotności, wracają do punktu wyjścia.
Paolo Giordano opisując poszczególne epizody swoich bohaterów nie bombarduje wprost emocjami – one zdają się być ukryte pomiędzy wierszami i niedopowiedzeniami, które my sami niejako musimy odszukać i poświęcić im trochę czasu, zastanowić się nad losem Alice i Matti i być może odnieść do swojej historii i osoby. Być może tutaj tkwi siła tej książki – w braku jednoznacznych rozwiązań i oszczędnym dawkowaniu emocji.
Biorąc pod uwagę fach autora, muszę przyznać, że „Samotność liczb pierwszych” została napisana nadspodziewanie dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś usłyszymy o tym Panu, a następna książka, która wyjdzie spod jego pióra będzie jeszcze lepsza od debiutanckiej powieści, która prawdopodobnie zostanie również zekranizowana.
[1] Samotność liczb pierwszych, P. Giordano, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2010, str. 139
Ryszard Kapuściński to postać wybitna pod wieloma względami. Ciągle pojawiają się kolejne szkice, antologie i opracowania poświęcone jego osobie, jak i twórczości. Książką, która znacząco wybija się na tle wszystkich tych publikacji jest niedawno wydana biografia Artura Domosławskiego – „Kapuściński non - fiction”. Dawno żadna książka w Polsce nie wywołała takich kontrowersyjnych dyskusji, a już na pewno nie przed publikacją, jak to miało miejsce w przypadku książki Domosławskiego – ucznia i przyjaciela Ryszarda Kapuścińskiego.
Po wydaniu książki „Kapuściński non – fiction” wytworzyły się dwa główne obozy. Pierwsza grupa to osoby, krytykujące Domosławskiego, druga – osoby stające murem za autorem spornej biografii. Jeśli chodzi o mnie, to od samego początku staram się stać gdzieś po środku. Moim zdaniem Artur Domosławski zrobił kawał dobrej roboty – dotarł do wielu źródeł, poruszył wiele istotnych kwestii i zrobił krok dalej pokazując Kapuścińskiego, jako człowieka z krwi i kości – nie tylko jako znakomitego reportera, który na swoim koncie ma całe mnóstwo świetnych książek, ale także jako człowieka, który jak każdy inny miał swoje słabości. To prawda, że współpracował z SB i nie zawsze pisał prawdę. Prawdą jest też, że potrafił świetnie pisać i operować słowem, tworząc doskonałe opisy i malarskie obrazy. Bardzo istotny jest fakt, że Artur Domosławski zamiast potępiać i obrzucać błotem Kapuścińskiego, badał i dociekał, wyjaśniał i analizował. Trudno mi jednoznacznie skrytykować jego postawę badacza opierając się tylko i wyłącznie na tym, co inni napisali na temat jego sposobu zbierania materiałów i docierania do swoich rozmówców – nie znam osobiście autora i nie zamierzam rzucać w jego stronę oszczerstw i ostrych słów krytyki, nazywając go „hieną cmentarną”, jak to zrobili inni.
Jeśli chodzi o mój stosunek do Ryszarda Kapuścińskiego, to muszę przyznać, że nie uległ on znaczącej zmianie po przeczytaniu biografii Domosławskiego – nadal mam w planach przeczytać wszystkie jego książki, których dotąd nie udało mi się przeczytać. Z całą pewnością będę je nieco inaczej traktowała – czytając reportaże Kapuścińskiego będę miała świadomość występowania fikcji, która moim zdaniem obecna jest w każdym tekście – w mniejszym, bądź większym stopniu. Fikcja bowiem jest tym, co czasem pojawia się w tekście nieświadomie. Żeby nie być gołosłowną zacytuję samego Ryszarda Kapuścińskiego:
„Możemy mówić nieprawdę, nie dlatego, że chcemy kłamać, lecz dlatego, że mamy niedoskonała pamięć, niekompletne wspomnienia lub zakłócone emocje [...] problem wynika ze zmian, jakie z biegiem czasu zachodzą w naszej postawie i naszych wspomnieniach. Pomiędzy wydarzeniem, o którym zebraliśmy materiał, a chwilą, kiedy zabieramy się do pisania, upływa niekiedy bardzo wiele czasu, a wtedy okazuje się, że nasze wspomnienia bardzo się zmieniły” [1]
Jako czytelnicy, powinniśmy być świadomi jej obecności. Nie powinniśmy wierzyć w każde słowo, które zostało tak napisane, jak i powiedziane. Chyba, że możemy to zweryfikować. W przypadku tekstów Kapuscińskiego, o ową weryfikację jest trudno, zatem dystans i rezerwa są tu bardzo wskazane.
Książka Domosławskiego przełamała standardy i pokazała, że biografia może wyjść poza znane wszystkim szczegóły i informacje dotyczące życia znanej osoby, skupiając się na tym, co dotąd nie zostało powiedziane. Z całą pewnością dyskusja, jaka toczyła się na łamach „Gazety Wyborczej” zmieni wiele – przede wszystkim uświadomi ludziom czym jest dziennikarstwo w dzisiejszych czasach i jakimi zasadami się kieruje. Burza, jaka została wywołana przy okazji wydania książki Domosławskiego pokazała również, że ludzie nie chcą czytać kolejnej uładzonej i grzecznie napisanej biografii, która nie wniosłaby nic nowego, ale jak pokazały liczne recenzje, wywiady, publikacje i debata, w której głos zabrały znane osobistości, w Polsce wciąż nie ma miejsca na tego typu biografie.
Wiele osób krytykowało i krytykuje tę książkę, a najwięcej głosów sprzeciwu padło ze strony osób, które jej nie czytały. I to jest w tym wszystkim najgorsze. Nie mogę pojąć tego wszechobecnego krytykowanie książki, której się nie przeczytało, a takich osób znalazło się niestety bardzo wiele. Wydaje mi się, że aby móc o czymś mówić, krytykować, trzeba to znać, chociażby pobieżnie – jak widać, pomyliłam się. Jest to wielce zastanawiające w świetle słów samego Kapuścińskiego, który niejednokrotnie powtarzał, że aby o czymś pisać, czymś się zajmować, trzeba to poznać. Domosławskiemu dostało się za to, że napisał książkę o Kapuścińskim - wielkim guru i mistrzu reportażu. A przecież „Kapuściński non – fiction” to bardzo dobrze napisana biografia, która zawiera bardzo dużo szczegółów z życia pisarza, cytatów i fragmentów wypowiedzi samego Kapuścińskiego. Niestety – krytyka skupia się tylko i wyłącznie na potępieniu Domosławskiego, który odważył się podnieść pióro na Kapuścińskiego.
Moim zdaniem ta książka była potrzebna. Polecam innym - zwłaszcza tym, którzy chcą się na jej temat wypowiadać. Drodzy czytelnicy – przeczytajcie książkę Domosławskiego, bo naprawdę warto. A jeśli w dalszym ciągu nie jesteście przekonani do tej biografii - zastanówcie się, czy macie prawo krytykować coś, o czym nie macie zielonego pojęcia. Myślę, że krytykowanie książki, której nie czytaliście lepiej jest zostawić innym.
[1] Autoportret reportera, z Ryszardem Kapuścińskim rozm. J. Antczak, www.kapuscinski.info/wywiady/89,autoportret-reportera-wywiad-z-ryszardem-kapuscinskim.html, dostęp: 05. 06. 2010
Już po obronie. Nie będę pisała jaką dostałam ocenę, bo nie należę do osób, które lubią się chwalić. Nie ukrywam, że jestem trochę tym wszystkim zmęczona - za kilka dni dojdę do siebie. Pewnie będę coś podczytywała w tym czasie, by móc jak najszybciej zrecenzować książki, których nie udało mi się dotąd zrecenzować. Mam nadzieję, że to stosiko szybko zniknie, a na jego miejsce pojawi się nowe.
Nie zamierzam spoczywać na laurach. Zresztą, co tu dużo pisać - spocząć na laurach zwyczajnie się nie da, bo teraz trzeba się ostro wziąć za szukanie pracy. Oczywiście chciałabym, żeby to była praca z książkami, które kocham ponad wszystko. Mam nadzieję, że prędzej czy później uda się znaleźć jakąś pracę, albo chociaż staż w jakimś wydawnictwie lub redakcji. Ciągnie mnie w stronę Krakowa, ale czas pokaże, jak to wszystko się ułoży i potoczy dalej. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy trzymali za mnie kciuki :) Pozdrawiam serdecznie.
To książki, których zrecenzowanie byłam zmuszona opatrzyć etykietką "po obronie". Niestety - pisząc pracę magisterską miałam do dyspozycji tyle źródeł, że czytanie innych, nie związanych z pracą książek było raczej niemożliwe (wyjątek stanowi Kapuściński non - fiction, która to przydała się do pisania pracy), Tym będę się zajmowała w pierwszej kolejności po obronie. Nie wypisuję tytułów - wystarczy kliknąć na zdjęcie. Na stosisku (inaczej nie się go nazwać...) powinny znaleźć się jeszcze dwie książki Mary Roach i "Samotność liczb pierwszych", ale nie mogłam ich w chwili robienia zdjęcia odnaleźć.
Czy jest ktoś, komu nie mówi nic a nic tytuł „Wojna polsko - ruska pod flagą biało czerwoną”? Domyślam się, że dzisiaj niewiele jest takich osób. „Wojna polsko ruska pod flagą biało czerwoną” to dosyć prowokacyjny literacki debiut Doroty Masłowskiej. Książka wydana nakładem Lampy i Isky Bożej doczekała się nagrody Nike w 2006 roku i ekranizacji z Borysem Szycem w roli głównej w 2009 roku.
"Wojna polsko- ruska... to pierwsza polska powieść dresiarska. W głównej warstwie narracyjnej opowiada o przygodach dresiarza Silnego z pięcioma kolejnymi dziewczętami. Jednocześnie stanowi nadrealistyczną alegorię polskiej tożsamości narodowej w rzeczywistości małego miasta w województwie pomorskim. Wątki kryminalne przeplatają się w niej z nadzwyczaj dojrzałą egzystencjalną refleksją. Trzeba tu dodać, że jest to utwór dość brutalny, uświadamiający jak wielkim zagrożeniem jest dla człowieka narkotyk (w tym wypadku amfetamina), niszczący osobowość i generujący niebezpieczne urojenia. Uwagę zwraca zwłaszcza doskonale stylizowany język podkultury marginesu społecznego".
W ostatnim czasie miałam okazję zetknąć się z wersją audio tejże właśnie książki. Ten audiobook był dla mnie nie lada wyzwaniem – 7 godzin i 19 minut nagrania rozciągnęło się na kilkanaście dni słuchania. Nie ze względu na to, że nie miałam ochoty słuchać tej książki, ale ze względu na to, że czerwiec to dosyć gorący czas dla mnie – praca magisterska sama się nie napisze, stąd audiobook był słuchany na raty.
Książka ta była dla mnie również wyzwaniem ze względu na to, że wersja papierowa została przeze mnie odłożona na półkę po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron. Niestety – w przypadku audiobooka było dużo lepiej, ale nie na tyle, żebym nagle zaczęła uwielbiać pisarstwo Masłowskiej, która niestety w dalszym ciągu mnie nie zachwyca. Nie jest to niestety typ literatury, za którym przepadam.
Audiobooka pobranego ze strony www.nexto.pldawkowałam sobie w większych odstępach i ratach, niż słowo zapisane na papierze, które moim zdaniem dużo szybciej się czyta samemu, niż słucha – nie tylko ze względu na ograniczony czas, ale również wielką siłę słowa mówionego, które w przypadku „Wojny polsko ruskiej...” ma dużo większą moc niż to zapisane. Nie było łatwo słuchać tych wszystkich przekleństw, ale nie zamierzałam się tak łatwo poddawać, stąd odstępy, które miały mi ułatwić przebrnięcie przez tą jakże trudną do przełknięcia książkę Masłowskiej.
Wielkim i chyba jedynym atutem tego audiobooka jest osoba lektora - Grzegorz Przybył wypadł w tej roli znakomicie – dodam, że sama Masłowska wybrała go spośród kandydatów. Mocny, zdecydowany, męski głos świetnie pasował do postaci „Silnego”, bohatera książki - dresiarza, który opisuje swoje perypetie. I na tym chyba niestety kończą się plus tej książki – co z tego, że interpretacja ciekawa, głos wpadający w ucho, skoro w dalszym ciągu styl Masłowskiej, to jak pisze i co pisze nie przypada mi do gustu? Może z filmem będzie lepiej, ale zastanawiam się, czy aby na pewno jest sens kontynuować przygodę z Masłowską. Nie bez powodu mówi się „nic na siłę”.
Mogłoby się wydawać, że audiobook nie może oczarować nas swoją formą – w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Książka w tradycyjnej papierowej formie oddziałuje na nas poprzez wielość elementów, które składając się na całość, którą można nazwać książką – okładką, papierem, jaki został wykorzystany do jej wyprodukowania. Dodatkowo dochodzi atrakcyjna forma – czytelna czcionka, zapach (przez jednych ubóstwiany, przez drugich nie do zniesienia). Warto się zastanowić nad tym, co może zaoferować nam audiobook. Książka audio też ma okładkę, ale ani nie pachnie, ani nie szeleści podczas lektury. Ma za to wielką moc, która ukryta jest w interpretacji lektora czytającego tekst. Tutaj aktorzy, a nawet sami autorzy, którzy decydują się nagrać swoją książkę mają bardzo duże pole do popisu. Głos i interpretacja jest tym, co w przypadku audiobooka ma największy (niejednokrotnie decydujący) wpływ na odbiór danej książki przez nas słuchaczy.
Powiem szczerze, że gdy niedawno wybierałam sobie na stronie www.nexto.pl książkę do pobrania, mój wybór uzależniony był właśnie od tego, kto i jak czyta daną książkę. Całe szczęście, że Nexto udostępnia fragmenty książki czytanej – dzięki temu mój wybór był dużo łatwiejszy. Sama nie wiem ile fragmentów przesłuchałam – może 10, może 15... Jedno jest pewne – wybór był trudny. Przynajmniej dla mnie. Słuchałam fragmentów czytanych przez kobiety i mężczyzn - ostatecznie zdecydowałam się na pobranie „Wojny polsko ruskiej...”. W tym przypadku zachęciły mnie recenzje innych osób, które stwierdziły, że lektor (Grzegorz Przybył) bardzo dobrze poradził sobie z interpretacją tekstu Masłowskiej.
Po przesłuchaniu tych kilkunastu fragmentów nasunęły mi się następujące wnioski dotyczące lektorów i ich głosów:
- najlepszy jest opanowany, a zarazem zdecydowany głos, który ma charakterystyczną barwę - głos, który nie zanudzi nas po kilkunastu bądź kilkudziesięciu minutach słuchania.
- głos kobiecy bardzo dobrze sprawdza się w przypadku literatury dla kobiet, z kolei zdecydowany, męski głos najlepiej wypada w przypadku sensacji i kryminału.
- tym, co najbardziej mnie irytowało w odsłuchiwanych fragmentach, w głosie lektora i jego interpretacji był moment, gdy głos lektora czytającego np. bajkę dla dzieci (Alicja w Krainie Czarów) nagle zmieniał się i upodabniał do głosu dziecka – jakby tego było mało, do głosu dziewczynki. Jakoś nie trafia do mnie tego typu zmiana.
- ważnym elementem dodającym uroku interpretacji są różnego rodzaju dźwięki, które pojawiając się gdzieś w tle, wpływają pozytywnie na całość czytanego tekstu.
Podsumowując – przyjemność słuchania może dostarczyć nam umiejętnie dobrany głos lektora – lektora, a nie autora, jak to miało miejsce np. w przypadku Barbary Radziwiłówny czytanej przez Michała Witkowskiego, co w efekcie doprowadziło do wyłączenia pliku audio już po pierwszych kilkunastu sekundach od jego włączenia. Ciekawi mnie, czy jego styl czytania i interpretacji spodoba (bądź spodobał) się komukolwiek – mnie osobiście zniechęcił raz na zawsze.
[Już wkrótce recenzja „Wojny polsko ruskiej...” w wersji audio – zapraszam do śledzenia bloga]
Dzisiejszy dzień dostarczył mi niesamowitych wrażeń - do mojej biblioteczki dołączył wyjątkowy album z fotografiami Ryszarda Kapuścińskiego "Ze świata". Jeszcze nie mogę w to uwierzyć i ciągle upewniam się, czy rzeczywiście stoi on na półce, czy też to wszystko mi się tylko wydaje... Niesamowity album, niesamowite zdjęcia :) Więcej o tej książce już wkrótce...
Czekałam aż ten artykuł pojawi się w końcu w sieci by móc się z Wami nim podzielić :)
"Bibliotekarki" z Wysokich Obcasów pokazują, że z miłości do książek są gotowe na walkę o czytelnika. Przy tym łamią stereotypowy obraz bibliotekarki, która wielu osobom kojarzy się z szarą myszką siedzącą za biurkiem.
"Biust raczej domyślny, schowany w fałdach swetra. Okulary z plastiku, lecz udają rogowe. Szkła grube, z odciskami palców. Mysi ogonek lub kok związany recepturką. Usta wąskie, zacięte. Ten stereotyp, mój Boże, najgorszy. Nieprawdziwy, uwiera i po prostu boli. Ale trzyma się jak pijany płota, ani myśli popuścić, może tak być po wiek wieków. Już chyba łatwiej być pielęgniarką z wyobrażeń. Albo fryzjerką lub manikiurzystką. Fartuszek opięty, dekolt spory, coś się w tym dekolcie milutko układa, aż korci. Sukienusia króciutka, wąska, wysoko przed kolanko. Mogą też być opięte spodnie, koniecznie biodrówki. A one? Nie chce się gadać".
Źródło: Wysokie Obcasy. Całość na stronie Wysokich Obcasów. Życzę udanej lektury.
Dzisiaj Czytelnia Onetu dodała w swoim profilu na Facebooku wiadomość informującą o tym, że we wrześniu ukaże się nowa książka Zadie Smith zatytułowana "Changing My Mind: Occasional Essays".
Przyznaję, że zainteresował mnie ten nius, który zapowiada z czym tym razem będziemy mieli do czynienia:
Smith pochłania książki i filmy wszystkimi swoimi wyjątkowo wyostrzonymi zmysłami. Kiedy miała 14 lat, dostała od matki powieść "Their Eyes Were Watching God" Zory Neale Hurston. Matka chciała w ten sposób uczulić Zadie na problemy wielorasowości. Lecz jak czytamy w pierwszym eseju z tego zbioru, efekt był znacznie bardziej intensywny i wywołał znacznie głębsze od zamierzonych zmiany. "Wdychałam tę książkę" – wspomina Smith. Przeczytała książkę w ciągu trzech godzin, po czym wyraziła na jej temat opinię w postaci ataku pełnego wdzięczności, ekstatycznego płaczu. Kiedy jej matka zawołała ją na obiad, zabrała z sobą książkę do stołu, nie dlatego, że zamierzała o niej dyskutować, ale dlatego, że książka sama w sobie była dla niej strawą, komunią złożoną z krwi i ciała autorki.
Zwykle nie oczekujemy od krytyków tak euforycznych reakcji. Entuzjazm Smith jest niemal szokujący. Pisarka łamie zasady ustalone przez odzianych w czarne garnitury, oschłych uniwersyteckich profesorów, którzy mordują książki, poddając je wiwisekcji, redukują wiersze i powieści do tekstów do ciągów werbalnych znaków i odgrywają się na literaturze, której w skrytości ducha szczerze nienawidzą, pisząc o niej źle.
Zachęcam do przeczytania całości artykułu, który można znaleźć tutaj. Ja osobiście nie mogę doczekać się wydania tej książki.
Pojawienie się coraz większej ilości audio książek i e-booków jest chyba nieuniknione. Mamy XXI wiek – ludzie mają coraz mniej czasu na czytanie. Często decydują się więc na wybór audiobooka, którego można słuchać w domu, w samochodzie, w odtwarzaczu mp3. A gdy sięgną po książkę, to zamiast dźwigać ze sobą grube tomiszcze, zdecydują się na czytnik, który waży zdecydowanie mniej niż tradycyjna książka. Piszę „ludzie”, ale nie mam tu na myśli typowego mola książkowego, który kocha papierową książkę i wybierze ja bez względu na wygodę i to, ile waży. Do takiego mola książkowego, który woli tradycyjną książkę z pewnością mogę zaliczyć samą siebie. Ale muszę też zaznaczyć, że nie mam nic przeciwko nowym technologiom, takim jak audio książka czy czytnik elektroniczny, który umożliwia czytanie książki gdziekolwiek się znajdziemy. I o ile czytnik jest jeszcze czymś, go daje nam kontakt z tekstem, o tyle audiobook daje nam tylko i wyłącznie słowo czytane, mówione, które nie do wszystkich trafia tak samo, zwłaszcza, gdy ktoś jest wzrokowcem i nade wszystko najważniejszy jest dla niego kontakt z tekstem.
Audiobook przeszedł gruntowną przemianę i odnowę – wraz z rozwojem techniki, zmienił się sposób zapisu. Ale dawno, dawno temu nie było tak fajnie i przyjemnie jak dzisiaj. Pamiętam, jak chodziłam do osiedlowej biblioteki i pożyczałam książki nagrane na kasetach, które przeznaczone były głównie dla osób niewidzących, lub niedowidzących. Byłam dzieckiem i raczej nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy. Pożyczałam te książki, bo lubiłam słuchać, jak ktoś czyta... Moja mama nie zawsze miała na to czas. Nie pamiętam za dobrze kiedy przestałam słuchać książki w takiej wersji – wiem, że przyczyniło się do tego przeniesienie biblioteki w innej miejsce. Potem zupełnie przez przypadek sięgnęłam po książkę Andrzeja Sapkowskiego „Czas pogardy”, który zapisany był na 13 kasetach magnetofonowych! Słuchałam go na walkmanie, a było to jakoś na początku Liceum, czyli wtedy gdy miałam 16 lat. Słuchając książki równocześnie czytałam tekst – było to trochę uciążliwe, bo wciąż miałam wrażenie, że lektor za wolno czyta. Po tym doświadczeniu postawiłam sprawę jasno – albo czytam książkę, albo jej słucham. Tak też stało się w przypadku plik dźwiękowego z zapisem opowiadania „Kontrabasista”, ze zbioru „Kontrabasista i inne utwory”, czyli książki, której autorem jest Patrick Süskind. Przeczytałam książkę i byłam zwyczajnie ciekawa, jak to zostało zinterpretowany przez lektora czytającego opowiadania, czyli Michała Breitenwalda. Nie ukrywam, że podobało mi się. Potem nie miałam już za wiele do czynienia z audiobookami. Wciąż brakuje mi czasu na odsłuchanie „Wojny polsko ruskiej...”, którą pobrałam ze strony www.nexto.pl. Gdy tylko mi się to uda, nie omieszkam Was o tym poinformować. A tymczasem zapraszam do dzielenia się swoimi doświadczeniami z kontaktu z książką audio.
[A już niedługo kolejna notka - tym razem dotycząca interpretacji tekstu przez lektora i jej wpływu na nasz odbiór. Zapraszam do śledzenia bloga.]
... różnie u mnie bywa. Nie ukrywam, że najwięcej czasu zabiera mi pisanie pracy magisterskiej. Książki czytam, a owszem, ale nie mam czasu na ich recenzowanie. Myślę, że wszystko powinno wrócić do normy w lipcu... Ale kto wie.
Z tych przyjemnych nowości w moim życiu, które ostatnio mnie spotkały, mogę wymienić wygranie książki w organizowanym przez portal www.lubimyczytac.pl konkursie "Krótka historia niebieskiego misia". Do wygrania były trzy książki "Pan pójdzie z nami". Jedna trafiła do mnie. Organizatorzy przygotowali takie oto zadanie:
"Aby wziąć udział w konkursie, należy napisać w maksymalnie 10 zdaniach, o czym może być książka, która ma tytuł Pan pójdzie z nami i niebieskiego misia w kajdankach na okładce."
Moja odpowiedź brzmiała tak:
Ze swojej strony napiszę, że gdy pierwszy raz zobaczyłam okładkę i tytuł, wzięłam tę książkę za książeczkę dla dzieci - pomyślałam sobie, że będzie w niej pobrzmiewała nuta fantastyki, a niebieski miś z okładki będzie bohaterem książki, w której wszystko się może zdarzyć. No ale chwila, momencik - miś bohaterem książki? I za co niby mieliby go zamknąć i wypowiedź w jego kierunku magiczne słowa "Pan pójdzie z nami"? Myślę, że za to, że jest niebieski, a nie np. brązowy, beżowy czy biały, jak prawie wszystkie misie na tym świecie. Rzadko widuję niebieskie misie, stąd moje pierwsze skojarzenie - "Miś odmieniec - pójdzie siedzieć!". Wcale by mnie to nie zdziwiło. W dzisiejszym świecie wszystko jest możliwe - nawet książka o przygodach misia, który pokazuje dzieciom, że kolor sierści wcale nie obliguje do wyszydzania i wyśmiewania, a już na pewno nie do dyskryminowania i zamykania w więzieniu. A tytuł "Pan pójdzie z nami" kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tym, że osoba, do której są one skierowane ma przekichane :)
No i wygrałam :) A książkę uda mi się przeczytać zapewne dopiero w lipcu, albo sierpniu...
Jean Hatzfeld za książkę "Strategia antylop" otrzymał wczoraj Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.Nagrodzony został również tłumacz książki - Jacek Giszczak.
Zapraszam do wysłuchania, co laureat nagrody ma do powiedzenia na temat przewagi faktów nad fabułą.
Dzisiaj mój przyjaciel Marcin przesłał mi linka do filmiku, na którym nasz ulubiony kabaret zaprasza wszystkich chętnych do udziału w akcji społecznej "Cała Polska Czyta Dzieciom". IX Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom, w tym roku obędzie się 30 maja, a gospodarzem jest Urząd Miasta i Gminy Wolbrom, LGD „Nad Białą Przemszą” oraz Centrum Kultury Promocji i Informacji w Wolbromiu.
I jak ich nie kochać? :D
Przesyłam podziękowania i uściski dla Pana M., któremu zresztą dedykowana jest ta notka :)