czwartek, 12 sierpnia 2010

Umieranie to świetna zabawa (Vladimir Nabokov - "Oryginał Laury")



Książka "Oryginał Laury" Nabokova była jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic współczesnej literatury - była, dopóki nie została wydana w formie książki, czego wyraźnie nie życzył sobie sam autor. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że książka nie została ukończona, co nie przeszkodziło synowi słynnego pisarza oddać do druku tego, co miało być w razie nieukończenia zniszczone, czyli rękopisu liczącego sto trzydzieści kart katalogowych.  Decyzja ta spotkała się tak z krytyką, jak i z entuzjazmem - głównie ze strony miłośników pisarza, którzy jeszcze raz mogli przeczytać to, co wyszło spod pióra autora "Lolity". Przeciwnicy z kolei krytykowali tego typu działania uznając to tylko i wyłącznie za chęć zarobienia na czymś, co z trudem przypomina książkę. Jako, że jestem osobą, która stawia na kompromis, stanę po środku tego sporu - z całą pewnością cieszyłabym się, gdybym dowiedziała się, że odnaleziono zapiski bądź szkice mojego ulubionego autora, a które to nie zostały wydane (ba! ukończone) za jego życia. Z drugiej strony muszę przyznać rację krytykom - "Oryginał Laury" trudno nazwać książką. Jest to raczej zbiór szkiców i zapisków, które po ukończeniu i odpowiednim uporządkowaniu mogłyby przyjąć formę mikropowieści, w której głównymi wątkami utworu byłoby małżeństwo głównej bohaterki Flory i Philipa Wilda, wydania książki, który opisywał wydarzenia łudząco przypominające te, które miały miejsce w życiu Flory, oraz planowanie śmierci przez Wilda, piszącego swoje własne dzieło życia. 

Bez większych wątpliwości skłaniam się ku temu, co zostało napisane w posłowiu do książki Nabokova, a mianowicie do zdania mówiącego o tym, że 

"mamy do czynienia nie z powieścią we fragmentach, tylko ze szkicami i notatkami do nienapisanej powieści, szkicami, które raczej w niewielkim stopniu pozwalają się zorientować z planie całości, być może nawet stosunkowo obszernej"[1]. 

Sam Nabokov planował stworzyć dzieło liczące dwieście stron - szkice, które zostały wydane w postaci książki nie odpowiadają nawet stu stronom tekstu. Wiele wątków nie zostało w ogóle rozwiniętych - plany autora zostały pokrzyżowane przez serię wypadków i chorób, które przeszedł. Zapewne był świadomy tego, że może nie ukończyć tej książki, stąd jasna i wyraźna wskazówka mówiąca o tym, co należy z nią zrobić w przypadku jej nieukończenia. W posłowiu Leszka Engelkinga można odnaleźć bardzo ciekawy komentarz odnoszący się do decyzji, którą podjął syn pisarza, która zdaje się tłumaczyć, że wydanie książki w takiej formie mimo wszystko było dobrym krokiem: 

"Niewątpliwie dla miłośników twórczości Nabokova każdy tekst będący jego dziełem stanowi bezcenny skarb, a co dopiero mówić o tekście literackim. Fakt, że utwór daleki jest od postaci finalnej, czyni go pod pewnymi względami jeszcze cenniejszym, po raz pierwszy bowiem mamy wgląd (lub złudzenie wglądu) w proces twórczy tego wielkiego artysty. Nie ulega natomiast wątpliwości, że zadeklarowany i bezkompromisowy perfekcjonista Nabokov,   przynajmniej taki, jaki wyłania się z własnych stanowczych opinii i z tekstów innych na jego temat, byłby zażenowany i chyba mocno poirytowany, a nawet rozgniewany tym, że widzimy jego dzieło, by tak rzec w dezabilu, w stanie rozmemłania, niezapięte na ostatni przecinek. Nawet w takim wypadku, gdyby opowiedział całą fabułę, dokończył swój szkic, ale nie miał czasu utwory wypolerować, doprowadzić do postaci, którą mógłby uznać za ostateczną i w pełni go zadowalającą, skazałby go zapewne na płomienie" [2]. 

Moim zdaniem dobrze się stało - nawet jeśli nie jest to ukończona powieść, to mimo wszystko wszystko co złożyło się na książkę "Oryginał Laury" wyszło spod pióra Nabokova. Niewybaczalnym grzechem byłoby zniszczenie czegoś, czemu pisarz poświęcił tyle czasu i uwagi, a co tak pięknie prezentuje się w publikacji przygotowanej przez Wydawnictwo Muza, któremu chyba bardzo zależało na tym, żeby czytelnik nie przeszedł obojętnie obok ostatniej książki Nabokova.  I tak też w gruncie rzeczy jest - głównie za sprawą okładki, która doskonale przyciąga wzrok potencjalnego czytelnika. W środku jest już tylko lepiej - świetny jakościowo papier na którym wydrukowano linie jakie można spotkać w zeszytach oddają wrażenie obcowania z notatnikiem. Wrażenie słuszne, biorąc pod uwagę, że w książce znalazły się zdjęcia poszczególnych kart, na których autor "Lolity" odręcznie zapisywał historię Flory. 






Całość robi olbrzymie wrażenie - zwłaszcza na tych, którzy zwracają uwagę na tego typu niuanse. Ubolewam tylko nad niedokończoną historią Flory i Wilda. To, co przeczytałam w "Oryginale Laury" rozbudziło moją ciekawość na tyle, że nie kryłam rozczarowania, że to już koniec po przeczytaniu ostatniej strony. Wielka szkoda, że pisarzowi nie było dane dokończyć dzieła - pozostaje zagryźć wargę, stłumić rozgoryczenie i w kółko powtarzać sobie, że widocznie tak już musiało być. 




[1] Vladimir Nabokov, Oryginał Laury, Wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2010,  str. 279
[2] Tamże, str. 286

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Wyjdą z szaf potwory... (Chuck Palahniuk - "Niewidzialne potwory")


Kto zna Chuck'a Palahniuk'a, ten bez problemu domyśli się, z czym będzie miał do czynienia w przypadku książki "Niewidzialne potwory". Są jednak osoby, dla których autor ten to nowość, która niekoniecznie może przypaść do gustu ze względu na dosyć specyficzny styl pisania. W wydarzeniach opisanych w książce bierze udział Shannon - modelka, która w wypadku straciła twarz, Brandy Alexander, która jej pomaga  i Alfa Romeo, który jest ich towarzyszem.  Wszyscy bohaterowie zdają się przed czymś uciekać - przy czym ich ucieczka zdaje się nie mieć końca. Wrażenie to potęgowane jest przez wykorzystanie dosyć specyficznego toku narracji przypominającego błyski lampy aparatu fotograficznego - poszczególne epizody i wydarzenia jawią się czytelnikowi niczym niedostępne, ciemne miejsca, rozjaśnione na chwilę światłem flesza. Styl Palahniuka i ekstrawagancka narracja sprawiają, że spotkanie z książką autora "Podziemnego kręgu" przypomina jazdę bez trzymanki - wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie - pisarz raz po raz przenosi czytelnika w zupełnie inne miejsce i czas. Zabieg zastosowany przez autora książki wydaje się być zabiegiem zastosowanym ze świadomością i premedytacją. Już na wstępie książki odnaleźć można taką oto adnotację, która wskazuje czytelnikowi z jaką lekturą będzie miał do czynienia:

'Nie oczekuj, że będzie to jedna z tych opowieści, które mówią: a potem, a potem, a potem. To, co To, co tu się wydarzy, przypomni raczej stylem magazyny, takie jak "Vogue" albo "Glamour", z chaotyczną numeracją na co drugiej, co piątej albo co trzeciej stronie [...] Nie szukaj spisu treści, ukrytego gdzieś na dwudziestej stronie. Nie spodziewaj się, że znajdziesz coś od zaraz. Nie ma tu żadnej logiki..." [1]

Zaiste! Tak też jest w gruncie rzeczy, bo książka Palahniuk'a nie jest typową powieścią, gdzie wszystko układa się w logiczną całość, a wydarzenia uporządkowane są chronologicznie - logika i spójność są elementami, które ujawniają się na końcu - po skończonej lekturze. Dla jednych może to dyskwalifikować książkę Palahniuk'a, dla innych taki zabieg może czynić ją wyjątkową i oryginalną. Jedno jest pewne - książka "Niewidzialne potwory" to kawał mocnej literatury, która trzyma w napięciu do ostatniej strony. Czytelnik nie znajdzie w niej ani grama przewidywalności - gdy tylko trafi na jakiś trop, złapie jakąś logiczną nitkę wśród kłębowiska wydarzeń, odnajdzie brakujący element, znajdzie się o krok od prawdy, wszystko miesza się na nowo stawiając go przed wielką niewiadomą.

Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że "Niewidzialne potwory" to powieść, która śmiało może pretendować do miana powieści postmodernistycznej - mamy niejako autotematyzm wskazany w wyżej przytoczonej adnotacji; pojawia się kilka różnych stylów, czyli eklektyzm literacki, a czytelnik wciągnięty zostaje do gry, która przyjmuje niejako formę happeningu. To, co wydaje się być chaosem, który nie ma żadnych granic jest wielkim plusem zarówno książki "Niewidzialne potwory" jak i stylu samego autora, który z każdą kolejną powieścią na nowo zaskakuje. Rozważania na temat postmodernistycznego charakteru książki pozostawiam znawcom, natomiast ze swojej strony dodam, że książka ta jest bardzo oryginalna - zarówno pod względem formy, jak i prezentowanej historii, która chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się być mało ambitną historyjką, w gruncie rzeczy zwraca uwagę na istotny problem, którym jest obecność w naszym życiu "potworów" i "strachów", które wyciągają macki w naszą stronę wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy, burząc wszystko to, co przez lata tak skrupulatnie budowaliśmy. Nie jest to więc byle jaka książka, a raczej historia z morałem i przesłaniem, które trzeba samemu wyłuskać z tekstu i odnieść do siebie. Jeśli lubicie Palahniuk'a - nie wahajcie się ani chwili. Jeśli nie wiecie, czego się po nim spodziewać - zaufajcie mi i zaryzykujcie. Nie dam Wam gwarancji, ani nie poręczę własną głową - po prostu  stańcie twarzą w twarz z "Niewidzialnymi potworami" - tymi w książce i tymi, które kryją się w Waszych umysłach i przekonajcie się sami, czy ryzyko się opłaca.

[1] Chuck Palahniuk, Niewidzialne potwory, Warszawa 2010, str. 14

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Sezon na egzotykę (At - Tajjib Salih "Sezon migracji na Północ")



 
"Sezon migracji na Północ", której autorem jest At-Tajjib Salih ukazuje historię mężczyzny, który po kilku latach nieobecności wraca do rodzinnej wioski w Sudanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że podczas jego nieobecności w wiosce osiedlił się Mustafa Sa'id - tajemniczy mężczyzna który od pierwszych chwil przykuwa uwagę głównego bohatera. Z czasem obcy staje się przyjacielem,  jednak nie trwa to długo, bowiem pewnego dnia Mustafa znika, a opiekę nad swoją żoną i dziećmi powierza swojemu przyjacielowi - głównemu bohaterowi książki Saliha.  

Książka sudańskiego pisarza porusza wiele istotnych problemów, dzięki czemu stanowi niejako soczewkę, w której skupia się to, co charakterystyczne dla innej kultury opisanej przez autora książki, a mianowicie kolonializm i wzajemne przenikanie oraz zderzenie się dwóch różnych światów - Europy, do której udaje się główny bohater i egzotycznego Sudanu, z którego pochodzi on i cała jego rodzina. Owe zderzenie bardzo widać we fragmencie ukazującym powitanie dawno nie widzianego mieszkańca: 

"Każdy zadawał mi pytania i ja robiłem to samo. Pytali mnie o Europę. Chcieli wiedzieć, czy ludzie są tam tacy sami jak my, czy też różnią się od nas? Czy życie jest tanie czy drogie? Co ludzie robią zimą? Podobno kobiety nie zasłaniają twarzy i tańczą publicznie z mężczyznami? Nasz sąsiad, Wad Rais, spytał, czy to prawda, że mężczyzna może tam żyć z kobietą w grzechu i się nie żenić" [1]

Widać tutaj bardzo wyraźnie naturalną ciekawość tym, co znajduje się poza naszym zasięgiem - chociaż mieszkańcy Sudanu mieli swoje zasady i swoje życie interesowała ich Europa, która w ich mniemaniu była czymś egzotycznym i dziwnym, chcieli wiedzieć o niej jak najwięcej. To nie jedyny fragment ukazujący zderzenie Północy z Południem - w dalszej części książki bardzo dobrze widać, jak postrzegany jest mieszkaniec egzotycznego kraju, który nagle znajduje się w Europie:

"Rozmowa zeszła na moją rodzinę i tym razem, wcale nie przesadzając, wyznałem jej, że jestem sierotą i nie mam nikogo bliskiego. Potem znowu zacząłem kłamać i opisałem, w jaki okropny sposób straciłem ojca, co wycisnęło jej łzy z oczu. Powiedziałem bowiem, że miałem sześć lat, gdy moi rodzice zginęli wraz z trzydziestoma innymi osobami, ponieważ zatonął statek, który przewoził ich z jednego brzegu Nilu na drugi. Wtedy nastąpiło coś, co w moim odczuciu było bardziej właściwe niż wyrazy ubolewania, jako, że ubolewanie w tego rodzaju sprawach pociąga za sobą nieobliczalne następstwa. Oczy dziewczyny zabłysły:
- Nil! - zawołała w ekstazie.
- Tak, Nil.
- A więc mieszkaliście nad brzegiem Nilu?
- Owszem. Nasz dom stał nad samym brzegiem Nilu, tak że obudziwszy się w nocy, mogłem z mojego posłania wysunąć rękę przez okno i chlapać nią w wodzie aż do zaśnięcia..." [2]

Ten fragment z kolei pokazuje, że inność i egzotyka od zawsze facynowała Europejczyków. Strach, który przez lata był obecny we wzajemnych relacjach mieszkańców różnych kontynentów, ustąpił miejsca ciekawości i ekscytacji.

Moje pierwsze spotkanie z innością, na które zaprosiło mnie Wydawnictwo Smak Słowa nie wypadło najlepiej. "Sezon migracji na Północ" od samego początku jawiła mi się jako książka interesująca, poruszająca ważne problemy związane z tożsamością i inną kulturą - tak też w rzeczywistości było, do czasu, gdy przeczytałam ostatnie zdanie i zamknęłam książkę stwierdzając, że nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Jedno jest pewne - książka nie poruszyła mnie i pozostawiła swego rodzaju niedosyt. Lubię egzotykę, ale nie w takiej formie i sposobie przedstawienia - trochę naiwnym i właściwie nie pokazującym niczego nowego, o czym nie wiedziałabym już wcześniej.  Być może jest to kwestia czasu, w którym książka została wydana - muszę zaznaczyć, że po raz pierwszy wydano ją w 1966 roku, po czym utwór ten został uznany za bluźnierczy i pornograficzny, a na dodatek wpisano go w Egipcie do indeksu ksiąg zakazanych. Z całą pewnością tematyka jaką poruszył jej autor była wówczas czymś nowym, o czym nie zwykło się mówić (i być może w niektórych częściach świata nadal się nie mówi), jednak dziś stosunek wobec tej książki i problemów w niej ukazanych zmienił się diametralnie, o czy może świadczyć przekład na ponad 20 języków i miliony sprzedanych egzemplarzy na całym świecie. Czasy się zmieniają, zmienia się nasze postrzeganie inności - to, co kiedyś było tematem tabu, dziś nie robi już takiego wrażenia. I chociaż książka "Sezon migracji na Północ" nie zainteresowała mnie w szczególny sposób, to wierzę, że znajdą się osoby, których historia przedstawiona przez autora książki "Sezon migracji na Północ" stanie się punktem wyjścia do ciekawych i interesujących rozważań. 

Na koniec dodam, że niezwykle interesujący jest fakt, że na naszym rynku pojawia się coraz więcej "egoztycznych" powieści i historii ukazujących różne miejsca, do których normalnie nie mielibyśmy dostępu bądź czasu, na to, żeby je zwiedzić czy zobaczyć. Smak Słowa nie jest jedynym wydawnictwem, które daje swojemu czytelnikowi taką możliwość, natomiast tym, co wyróżnia książki tego wydawnictwa jest fakt, że tytuły są wybierane z największą starannością, a oprawa graficzna i edytorska czyni z nich małe perełki, po które czytelnik sięga z wielką przyjemnością. Wierzę, że następne spotkanie z książką tego wydawnictwa, a mianowice "Chicago" zrobi na mnie większe wrażenie i wywoła emocje, które jeszcze długo po przeczytaniu książki nie będą w stanie opaść. 

Przypisy
[1] At - Tajjib Salin, Sezon migracji na Północ, Wydawnictwo Smak Słowa, str. 12
[2] Tamże, str. 39

niedziela, 1 sierpnia 2010

Uzależnienie, na które nie ma lekarstwa.


Jeszcze poprzedniego stosu nie skończyłam czytać, a już pojawił się kolejny... A najlepsze jest to, że stos cały czas rośnie. Zrobiłam szybko zdjęcie, póki jeszcze mieścił się w kadrze ;) 


wtorek, 20 lipca 2010

Rzuć wszystko i idź pobiegać! (Haruki Murakami "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu"


 Ilekroć widzę biegaczy, zawsze mam ochotę do nich dołączyć. Moja chęć trwa niestety dosyć krótko, a w miejsce motywacji pojawiają się kolejne wymówki. Nie inaczej było podczas lektury książki Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, która po raz kolejny obudziła we mnie chęci do joggingu. Szybka ocena moich możliwości i predyspozycji odsunęła na bok moją motywację. Po raz kolejny uznałam, że zdecydowanie wolę czytać o bieganiu – zwłaszcza wtedy, gdy ktoś pisze o nim tak, jak zrobił to Haruki Murakami.
 

Japoński pisarz ma na świecie całą rzeszę zagorzałych fanów. Zapewne niewiele osób zdawało sobie sprawę z zainteresowania i hobby Murakamiego, który biega już blisko trzydzieści lat  - biegać zaczął po tym, jak sprzedał club jazzowy w 1982 roku. I to właśnie dla tych osób „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” może być sporym zaskoczeniem – zwłaszcza biorąc pod uwagę książki, w których autor prezentował nieco inne, momentami bajkowe spojrzenia na świat, a które to stały się jego znakiem rozpoznawczym.  W związku z tym przystępując do lektury najnowszej książki Murakamiego pamiętać należy, że tym razem będziemy mieli do czynienia z czymś zupełnie innym – nie powieścią, w której zetkniemy się z wykreowanym światem, a historią z życia wziętą, opowieścią traktującą o miłości Murakamiego do biegania, które przez lata pomagało mu utrzymać dobrą formę, czyli formą pamiętnika czy też książki autobiograficznej.

Trzeba zaznaczyć, że chociaż Murakami w swojej książce „O czym mówię…” traktuje główne o bieganiu, to jednak swoje rozmyślania i zapiski kieruje również w stronę wykonywanego przez siebie zawodu. Dzięki temu czytelnik może dowiedzieć się, jak to się stało, że Murakami został pisarzem, w jaki sposób powstawały takie książki jak „Przygoda z owcą”, a także, jakie zasady podczas tworzenia wyznaje pisarz. Pisanie o którym opowiada Murakami łączy się dosyć istotnie z bieganiem – obie te czynności wiążą się z pokonywaniem własnych słabości, ograniczeń i samodoskonaleniem się.  

„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” nie jest książką wybitną i wyjątkową, ale bez wątpienia zasługuje na uwagę. Chociaż dominują w niej autobiograficzne wynurzenia i pamiętnikarski styl, to jej lektura nie nuży – głównie za sprawą różnych wątków, które pisarz poruszył i opisał. Nie ukrywam, że ja osobiście czuję pewien niedosyt… Chyba jednak wolę czytać jego powieści, niż autobiograficzne pamiętniki – wolę jak maluje słowem inne światy i ludzi, niż siebie samego. Nie znaczy to jednak, że książka nie podobała mi się w ogóle - z całą pewnością nie mogę odmówić Murakamiemu siły sugestii i umiejętnej argumentacji - to, jak pisze o joggingu, maratonach i wysiłku, który daje masę pozytywów sprawia, że samemu chce się iść pobiegać – już, teraz, natychmiast. Gdyby nie masa książek, które mam do przeczytania, pewnie rzuciłabym wszystko i poszłabym pobiegać. No, ale sami widzicie… Są rzeczy ważne i ważniejsze.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Letni łańcuszek


Do udzielenia odpowiedzi zaprosiła mnie Kornwalia, za co bardzo jej dziękuję :) Życzę wszystkim miłej lektury.

Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?
Od jakiegoś czasu jest to Norwegia, a wszystko za sprawą książki „Kradnąc konie”, której autorem jest Per Petterson. Ale nie tylko Norwegia przyciąga mnie jak magnes – to również Szwecja i Finlandia, czyli kraje nordyckie. Duzy wpływ na mój wybór miała też Elina Hirvonen dzięki książce „Przypomnij sobie” oraz Majgull Axelsson i jej „Dom Augusty”. 

 






Jak magnes przyciąga mnie też do siebie Alaska, w której zginął Christopher McCandless - bohater książki "Wszystko za życie" napisanej przez amerykańskiego dziennikarza, pisarza i podróżnika Jona Krakauera.








Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania na wakacje?
W wakacje często bywam na działce, która jest oddalona o jakieś 30 min. jazdy samochodem od mojego rodzinnego miasta (a dokładniej w Płazie, za Chrzanowem) – nieopodal jest las, do którego często chodzę z rodzicami na grzyby. Często czytam książkę siedząc w cieniu mirabelki, albo, gdy jest bardzo gorąco na ganku, który jest naszym schronieniem przed słońcem. Ostatnimi czasy też przed domkiem, pod rusztowaniem, po którym pnie się winogron. Cisza, spokój i atmosfera sprzyjająca lekturze. Jeśli nie jestem akurat na działce, to zdarza mi się czytać na balkonie, albo tam, gdzie zawsze, czyli siedząc na moim łóżku.







Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.
„Sekretne życie pszczół” to chyba idealna lektura na upalne lato. Daje chwilę wytchnienia, wnosi w nasze życie nieco optymizmu… Mogłabym też polecić coś na ochłodę ;) np. „Kradnąc konie” P. Pettersona.Mroźna Norwegia z pewnością utemperuje to nieznośne lato. 




Jaka jest Twoja najnowsza lektura? Co zaczęłaś czytać?
Na chwilę obecną kończę czytać „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Murakamiego oraz „Szklany klosz” S. Plath. Na dniach zacznę czytać zbiór opowiadań Agnieszki Osieckiej „Biała bluzka”. 

Do zabawy zapraszam  Beel :) (www.brulionbeel.blox.pl/html)

niedziela, 18 lipca 2010

Wszędzie można samotnym być (Paolo Giordani "Samotność liczb pierwszych"





Samotność to stan wyjątkowy – różne są jego oblicza. Dla jednych jest przekleństwem, dla innych czymś, bez czego nie da się żyć. Czasami uciekamy od niej, by znów – na własne życzenie wpaść w jej objęcia. W gruncie rzeczy – wszędzie możemy jej doświadczyć, nawet znajdując się w otoczeniu setki osób. O samotności, która czasem staje się dla nas ciężarem traktuje książka „Samotność liczb pierwszych”, której autorem jest dwudziestosześcioletni fizyk z wykształcenia – Paolo Giordano. Od czasu premiery, książka odniosła wielki sukces, o czym może świadczyć blisko dwa miliony sprzedanych egzemplarzy. „Samotność liczb pierwszych” to zaskakujące połączenie matematyki, poprzez którą autor zdaje się tłumaczyć zależności występujące pomiędzy ludźmi – ludźmi niepotrafiącymi dostosować się do otoczenia. Są jak liczby pierwsze, które nie zawsze mogą trafić na bliską osobę:

„Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne, i dlatego fascynowały Mattię. Czasami myślał, że znalazły się przypadkiem w tym ciąg, uwięzione jak perełki nawleczone na nitkę...” [str. 139]

Takimi samotnymi liczbami są bohaterowie książki „Samotność liczb pierwszych”– Mattia i Alice, którzy odstają od reszty rówieśników. Alice to anorektyczka niepotrafiąca znaleźć wspólnego języka z własnym ojcem, a Mattia to zamknięty w sobie chłopak, które od wielu lat nie opuszczają wyrzuty sumienia związane z zaginięciem jego siostry bliźniaczki. Ich losy splatają się ze sobą zupełnie przypadkowo - gdyby nie „życzliwe” koleżanki, Alice zapewne nigdy nie poznałaby Matti.

Dominującym tematem tej powieści jest samotność, która prędzej czy później dotyka każdego z nas – czy tego chcemy czy nie. Tym, co odróżnia tę pozycję od innych książek traktujących o alienacji i osamotnieniu, jest ciekawa i oryginalna wariacja na temat dwóch połówek jabłka. Autor ukazuje nam owe połówki, które raz po raz się do siebie zbliżają, ale nigdy nie mogą stworzyć całości, nie mogą dopasować się do siebie na dłużej. Zarówno Alice jak i Mattia kroczą swoimi własnymi ścieżkami, są samotni wśród tłumu. Są okaleczeni emocjonalnie, szukają siebie nawzajem, a gdy już dochodzi do spotkania, na nowo oddalają się od siebie, robiąc krok do tyłu. Ich wzajemna relacja ogranicza się tylko i wyłącznie do przyjaźni, chociaż niejednokrotnie miała szansę na to, by stać się czymś więcej.

Okrzyknięcie książki Giordano mianem bestsellera wcale mnie nie dziwi – książkę czyta się świetnie, a lektura wciąga od pierwszych stron. Nie jest to klasyczny love story ze szczęśliwym zakończeniem, a raczej książka traktująca o aspołeczności głównych bohaterów, która momentami doprowadzona zostaje wręcz do absurdu. „Samotność liczb pierwszych” to coś więcej niż tylko powieść – to stadium alienacji, która momentami zdaje się dominować i kierować życiem głównych bohaterów, którzy nie potrafiąc pokonać swojej samotności, wracają do punktu wyjścia.

Paolo Giordano opisując poszczególne epizody swoich bohaterów nie bombarduje wprost emocjami – one zdają się być ukryte pomiędzy wierszami i niedopowiedzeniami, które my sami niejako musimy odszukać i poświęcić im trochę czasu, zastanowić się nad losem Alice i Matti i być może odnieść do swojej historii i osoby. Być może tutaj tkwi siła tej książki – w braku jednoznacznych rozwiązań i oszczędnym dawkowaniu emocji.

Biorąc pod uwagę fach autora, muszę przyznać, że „Samotność liczb pierwszych” została napisana nadspodziewanie dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś usłyszymy o tym Panu, a następna książka, która wyjdzie spod jego pióra będzie jeszcze lepsza od debiutanckiej powieści, która prawdopodobnie zostanie również zekranizowana.

[1] Samotność liczb pierwszych, P. Giordano, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2010, str. 139

poniedziałek, 12 lipca 2010

Artur Domosławski - Kapuściński non - fiction






Ryszard Kapuściński to postać wybitna pod wieloma względami. Ciągle pojawiają się kolejne szkice, antologie i opracowania poświęcone jego osobie, jak i twórczości. Książką, która znacząco wybija się na tle wszystkich tych publikacji jest niedawno wydana biografia Artura Domosławskiego – „Kapuściński non - fiction”.  Dawno żadna książka w Polsce nie wywołała takich kontrowersyjnych dyskusji, a już na pewno nie przed publikacją, jak to miało miejsce w przypadku książki Domosławskiego – ucznia i przyjaciela Ryszarda Kapuścińskiego.

Po wydaniu książki „Kapuściński non – fiction” wytworzyły się dwa główne obozy. Pierwsza grupa to osoby, krytykujące Domosławskiego, druga – osoby stające murem za autorem spornej biografii. Jeśli chodzi o mnie, to od samego początku staram się stać gdzieś po środku. Moim zdaniem Artur Domosławski zrobił kawał dobrej roboty – dotarł do wielu źródeł, poruszył wiele istotnych kwestii i zrobił krok dalej pokazując Kapuścińskiego, jako człowieka z krwi i kości – nie tylko jako znakomitego reportera, który na swoim koncie ma całe mnóstwo świetnych książek, ale także jako człowieka, który jak każdy inny miał swoje słabości. To prawda, że współpracował z SB i nie zawsze pisał prawdę. Prawdą jest też, że potrafił świetnie pisać i operować słowem, tworząc doskonałe opisy i malarskie obrazy. Bardzo istotny jest fakt, że Artur Domosławski zamiast potępiać i obrzucać błotem Kapuścińskiego, badał i dociekał, wyjaśniał i analizował. Trudno mi jednoznacznie skrytykować jego postawę badacza opierając się tylko i wyłącznie na tym, co inni napisali na temat jego sposobu zbierania materiałów i docierania do swoich rozmówców – nie znam osobiście autora i nie zamierzam rzucać w jego stronę oszczerstw i ostrych słów krytyki, nazywając go „hieną cmentarną”, jak to zrobili inni.

Jeśli chodzi o mój stosunek do Ryszarda Kapuścińskiego, to muszę przyznać, że nie uległ  on znaczącej zmianie po przeczytaniu biografii Domosławskiego – nadal mam w planach przeczytać wszystkie jego książki, których dotąd nie udało mi się przeczytać. Z całą pewnością będę je nieco inaczej traktowała – czytając reportaże Kapuścińskiego będę miała świadomość występowania fikcji, która moim zdaniem obecna jest w każdym tekście – w mniejszym, bądź większym stopniu. Fikcja bowiem jest tym, co czasem pojawia się w tekście nieświadomie. Żeby nie być gołosłowną zacytuję samego Ryszarda Kapuścińskiego:

Możemy mówić nieprawdę, nie dlatego, że chcemy kłamać, lecz dlatego, że mamy niedoskonała pamięć, niekompletne wspomnienia lub zakłócone emocje [...] problem wynika ze zmian, jakie z biegiem czasu zachodzą w naszej postawie i naszych wspomnieniach. Pomiędzy wydarzeniem, o którym zebraliśmy materiał, a chwilą, kiedy zabieramy się do pisania, upływa niekiedy bardzo wiele czasu, a wtedy okazuje się, że nasze wspomnienia bardzo się zmieniły” [1]

Jako czytelnicy, powinniśmy być świadomi jej obecności. Nie powinniśmy wierzyć w każde słowo, które zostało tak napisane, jak i powiedziane. Chyba, że możemy to zweryfikować. W przypadku tekstów Kapuscińskiego, o ową weryfikację jest trudno, zatem dystans i rezerwa są tu bardzo wskazane.

Książka Domosławskiego przełamała standardy i pokazała, że biografia może wyjść poza znane wszystkim szczegóły i informacje dotyczące życia znanej osoby, skupiając się na tym, co dotąd nie zostało powiedziane. Z całą pewnością dyskusja, jaka toczyła się na łamach „Gazety Wyborczej” zmieni wiele – przede wszystkim uświadomi ludziom czym jest dziennikarstwo w dzisiejszych czasach i jakimi zasadami się kieruje. Burza, jaka została wywołana przy okazji wydania książki Domosławskiego pokazała również, że ludzie nie chcą czytać kolejnej uładzonej i grzecznie napisanej biografii, która nie wniosłaby nic nowego, ale jak pokazały liczne recenzje, wywiady, publikacje i debata, w której głos zabrały znane osobistości, w Polsce wciąż nie ma miejsca na tego typu biografie.  

Wiele osób krytykowało i krytykuje tę książkę, a najwięcej głosów sprzeciwu padło ze strony osób, które jej nie czytały. I to jest w tym wszystkim najgorsze. Nie mogę pojąć tego wszechobecnego krytykowanie książki, której się nie przeczytało, a takich osób znalazło się niestety bardzo wiele. Wydaje mi się, że aby móc o czymś mówić, krytykować, trzeba to znać, chociażby pobieżnie – jak widać, pomyliłam się.  Jest to wielce zastanawiające w świetle słów samego Kapuścińskiego, który niejednokrotnie powtarzał, że aby o czymś pisać, czymś się zajmować, trzeba to poznać. Domosławskiemu dostało się za to, że napisał książkę o Kapuścińskim - wielkim guru i mistrzu reportażu. A przecież „Kapuściński non – fiction” to bardzo dobrze napisana biografia, która zawiera bardzo dużo szczegółów z życia pisarza, cytatów i fragmentów wypowiedzi samego Kapuścińskiego. Niestety – krytyka skupia się tylko i wyłącznie na potępieniu Domosławskiego, który odważył się podnieść pióro na Kapuścińskiego.

Moim zdaniem ta książka była potrzebna. Polecam innym - zwłaszcza tym, którzy chcą się na jej temat wypowiadać. Drodzy czytelnicy – przeczytajcie książkę Domosławskiego, bo naprawdę warto.  A jeśli w dalszym ciągu nie jesteście przekonani do tej biografii - zastanówcie się, czy macie prawo krytykować coś, o czym nie macie zielonego pojęcia. Myślę, że krytykowanie książki, której nie czytaliście lepiej jest zostawić innym.  

[1] Autoportret reportera, z Ryszardem Kapuścińskim rozm. J. Antczak,  www.kapuscinski.info/wywiady/89,autoportret-reportera-wywiad-z-ryszardem-kapuscinskim.html, dostęp: 05. 06. 2010

sobota, 10 lipca 2010

MacGyveR!


Już po obronie. Nie będę pisała jaką dostałam ocenę, bo nie należę do osób, które lubią się chwalić. Nie ukrywam, że jestem trochę tym wszystkim zmęczona - za kilka dni dojdę do siebie. Pewnie będę coś podczytywała w tym czasie, by móc  jak najszybciej zrecenzować książki, których nie udało mi się dotąd zrecenzować. Mam nadzieję, że to stosiko szybko zniknie, a na jego miejsce pojawi się nowe. 

Nie zamierzam spoczywać na laurach. Zresztą, co tu dużo pisać - spocząć na laurach zwyczajnie się nie da, bo teraz trzeba się ostro wziąć za szukanie pracy. Oczywiście chciałabym, żeby to była praca z książkami, które kocham ponad wszystko. Mam nadzieję, że prędzej czy później uda się znaleźć jakąś pracę, albo chociaż staż w jakimś wydawnictwie lub redakcji. Ciągnie mnie w stronę Krakowa, ale czas pokaże, jak to wszystko się ułoży i potoczy dalej. Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy trzymali za mnie kciuki :) Pozdrawiam serdecznie.

środa, 7 lipca 2010

Stosisko.

Obrona już w piątek, a po obronie ...




To książki, których zrecenzowanie byłam zmuszona opatrzyć etykietką "po obronie". Niestety - pisząc pracę magisterską miałam do dyspozycji tyle źródeł, że czytanie innych, nie związanych z pracą książek było raczej niemożliwe (wyjątek stanowi Kapuściński non - fiction, która to przydała się do pisania pracy), Tym będę się zajmowała w pierwszej kolejności po obronie. Nie wypisuję tytułów - wystarczy kliknąć na zdjęcie. Na stosisku (inaczej nie się go nazwać...) powinny znaleźć się jeszcze dwie książki Mary Roach i "Samotność liczb pierwszych", ale nie mogłam ich w chwili robienia zdjęcia odnaleźć.

czwartek, 1 lipca 2010

Mój Kapuściński - fotorelacja




Każdy kto mnie zna wie, że jestem uzależniona od zaznaczania. W przypadku "Hebanu" można mówić o lekkiej przesadzie...



Stos materiałów, które ostały się po napisaniu pracy. A w trakcie pisania przez mój pokój przewinęło się drugie tyle książek.














Nie obyło się bez problemów....






Z których powstał plik źle wydrukowanych kartek.


czwartek, 24 czerwca 2010

Nigdy więcej Masłowskiej.


Czy jest ktoś, komu nie mówi nic a nic tytuł „Wojna polsko - ruska pod flagą biało czerwoną”? Domyślam się, że dzisiaj niewiele jest takich osób. „Wojna polsko ruska pod flagą biało czerwoną” to dosyć prowokacyjny literacki debiut Doroty Masłowskiej. Książka wydana nakładem Lampy i Isky Bożej doczekała się nagrody Nike w 2006 roku i ekranizacji z Borysem Szycem w roli głównej w 2009 roku. 

"Wojna polsko- ruska... to pierwsza polska powieść dresiarska. W głównej warstwie narracyjnej opowiada o przygodach dresiarza Silnego z pięcioma kolejnymi dziewczętami. Jednocześnie stanowi nadrealistyczną alegorię polskiej tożsamości narodowej w rzeczywistości małego miasta w województwie pomorskim. Wątki kryminalne przeplatają się w niej z nadzwyczaj dojrzałą egzystencjalną refleksją. Trzeba tu dodać, że jest to utwór dość brutalny, uświadamiający jak wielkim zagrożeniem jest dla człowieka narkotyk (w tym wypadku amfetamina), niszczący osobowość i generujący niebezpieczne urojenia. Uwagę zwraca zwłaszcza doskonale stylizowany język podkultury marginesu społecznego". 

W ostatnim czasie miałam okazję zetknąć się z wersją audio tejże właśnie książki. Ten audiobook był dla mnie nie lada wyzwaniem – 7 godzin i 19 minut nagrania rozciągnęło się na kilkanaście dni słuchania. Nie ze względu na to, że nie miałam ochoty słuchać tej książki, ale ze względu na to, że czerwiec to dosyć gorący czas dla mnie – praca magisterska sama się nie napisze, stąd audiobook był słuchany na raty.

Książka ta była dla mnie również wyzwaniem ze względu na to, że wersja papierowa została przeze mnie odłożona na półkę po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron. Niestety – w przypadku audiobooka było dużo lepiej, ale nie na tyle, żebym nagle zaczęła  uwielbiać pisarstwo Masłowskiej, która niestety w dalszym ciągu mnie nie zachwyca. Nie jest to niestety typ literatury, za którym przepadam. 

Audiobooka pobranego ze strony www.nexto.pl dawkowałam sobie w większych odstępach i ratach, niż słowo zapisane na papierze, które moim zdaniem dużo szybciej się czyta  samemu, niż słucha – nie tylko ze względu na ograniczony czas, ale również wielką siłę słowa mówionego, które w przypadku „Wojny polsko ruskiej...” ma dużo większą moc niż to zapisane. Nie było łatwo słuchać tych wszystkich przekleństw, ale nie zamierzałam się tak łatwo poddawać, stąd odstępy, które miały mi ułatwić przebrnięcie przez tą jakże trudną do przełknięcia książkę Masłowskiej.

Wielkim i chyba jedynym atutem tego audiobooka jest osoba lektora - Grzegorz Przybył wypadł w tej roli znakomicie – dodam, że sama Masłowska wybrała go spośród kandydatów. Mocny, zdecydowany, męski głos świetnie pasował do postaci „Silnego”, bohatera książki  - dresiarza, który opisuje swoje perypetie. I na tym chyba niestety kończą się plus tej książki – co z tego, że interpretacja ciekawa, głos wpadający w ucho, skoro w dalszym ciągu styl Masłowskiej, to jak pisze i co pisze nie przypada mi do gustu? Może z filmem będzie lepiej, ale zastanawiam się, czy aby na pewno jest sens kontynuować przygodę z Masłowską. Nie bez powodu mówi się „nic na siłę”.

środa, 9 czerwca 2010

Ukryta moc książki audio


Mogłoby się wydawać, że audiobook nie może oczarować nas swoją formą – w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Książka w tradycyjnej papierowej formie oddziałuje na nas poprzez wielość elementów, które składając się na całość, którą można nazwać książką – okładką, papierem, jaki został wykorzystany do jej wyprodukowania. Dodatkowo dochodzi atrakcyjna forma – czytelna czcionka, zapach (przez jednych ubóstwiany, przez drugich nie do zniesienia). Warto się zastanowić nad tym, co może zaoferować nam audiobook. Książka audio też ma okładkę, ale ani nie pachnie, ani nie szeleści podczas lektury. Ma za to wielką moc, która ukryta jest w interpretacji lektora czytającego tekst. Tutaj aktorzy, a nawet sami autorzy, którzy decydują się nagrać swoją książkę mają bardzo duże pole do popisu. Głos i interpretacja jest tym, co w przypadku audiobooka ma największy (niejednokrotnie decydujący) wpływ na odbiór danej książki przez nas słuchaczy.

Powiem szczerze, że gdy niedawno wybierałam sobie na stronie www.nexto.pl książkę do pobrania, mój wybór uzależniony był właśnie od tego, kto i jak czyta daną książkę. Całe szczęście, że Nexto udostępnia fragmenty książki czytanej – dzięki temu mój wybór był dużo łatwiejszy. Sama nie wiem ile fragmentów przesłuchałam – może 10, może 15... Jedno jest pewne – wybór był trudny. Przynajmniej dla mnie. Słuchałam fragmentów czytanych przez kobiety i mężczyzn - ostatecznie zdecydowałam się na pobranie „Wojny polsko ruskiej...”. W tym przypadku zachęciły mnie recenzje innych osób, które stwierdziły, że lektor (Grzegorz Przybył) bardzo dobrze poradził sobie z interpretacją tekstu Masłowskiej.

Po przesłuchaniu tych kilkunastu fragmentów nasunęły mi się następujące wnioski dotyczące lektorów i ich głosów: 

- najlepszy jest opanowany, a zarazem zdecydowany głos, który ma charakterystyczną barwę - głos, który nie zanudzi nas po kilkunastu bądź kilkudziesięciu minutach słuchania.

- głos kobiecy bardzo dobrze sprawdza się w przypadku literatury dla kobiet, z kolei zdecydowany, męski głos najlepiej wypada w przypadku sensacji i kryminału. 

- tym, co najbardziej mnie irytowało w odsłuchiwanych fragmentach, w głosie lektora i jego interpretacji był moment, gdy głos lektora czytającego np. bajkę dla dzieci (Alicja w Krainie Czarów) nagle zmieniał się i upodabniał do głosu dziecka – jakby tego było mało, do głosu dziewczynki. Jakoś nie trafia do mnie tego typu zmiana. 

- ważnym elementem dodającym uroku interpretacji są różnego rodzaju dźwięki, które pojawiając się gdzieś w tle, wpływają pozytywnie na całość czytanego tekstu.

Podsumowując – przyjemność słuchania może dostarczyć nam umiejętnie dobrany głos lektora – lektora, a nie autora, jak to miało miejsce np. w przypadku Barbary Radziwiłówny czytanej przez Michała Witkowskiego, co w efekcie doprowadziło do wyłączenia pliku audio już po pierwszych kilkunastu sekundach od jego włączenia. Ciekawi mnie, czy jego styl czytania i interpretacji spodoba (bądź spodobał) się komukolwiek – mnie osobiście zniechęcił raz na zawsze.

[Już wkrótce recenzja „Wojny polsko ruskiej...” w wersji audio – zapraszam do śledzenia bloga]

niedziela, 6 czerwca 2010

"Ze świata" Ryszard Kapuściński

Dzisiejszy dzień dostarczył mi niesamowitych wrażeń - do mojej biblioteczki dołączył wyjątkowy album z fotografiami Ryszarda Kapuścińskiego "Ze świata". Jeszcze nie mogę w to uwierzyć i ciągle upewniam się, czy rzeczywiście stoi on na półce, czy też to wszystko mi się tylko wydaje... Niesamowity album, niesamowite zdjęcia :) Więcej o tej książce już wkrótce...

sobota, 5 czerwca 2010

"Bibliotekarki"


Czekałam aż ten artykuł pojawi się w końcu w sieci by móc się z Wami nim podzielić :) 



"Bibliotekarki" z Wysokich Obcasów pokazują, że z miłości do książek są gotowe na walkę o czytelnika. Przy tym łamią stereotypowy obraz bibliotekarki, która wielu osobom kojarzy się z szarą myszką siedzącą za biurkiem.

"Biust raczej domyślny, schowany w fałdach swetra. Okulary z plastiku, lecz udają rogowe. Szkła grube, z odciskami palców. Mysi ogonek lub kok związany recepturką. Usta wąskie, zacięte. Ten stereotyp, mój Boże, najgorszy. Nieprawdziwy, uwiera i po prostu boli. Ale trzyma się jak pijany płota, ani myśli popuścić, może tak być po wiek wieków. Już chyba łatwiej być pielęgniarką z wyobrażeń. Albo fryzjerką lub manikiurzystką. Fartuszek opięty, dekolt spory, coś się w tym dekolcie milutko układa, aż korci. Sukienusia króciutka, wąska, wysoko przed kolanko. Mogą też być opięte spodnie, koniecznie biodrówki. A one? Nie chce się gadać". 

Źródło: Wysokie Obcasy. Całość na stronie Wysokich Obcasów. Życzę udanej lektury. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...