piątek, 22 października 2010

Literadar i Archipelag

W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej magazynów poświęconych literaturze, w których można znaleźć wiele recenzji, wywiadów i artykułów, które warto przeczytać pomiędzy jedną i drugą pasjonującą książką. W większości są to wersje elektroniczne, chociaż wersje papierowe też można jeszcze spotkać na rynku (o czym pisała Matylda na swoim blogu). Magazyn Archipelag, który spotkał się jakiś czas temu z bardzo dobrym przyjęciem, doczekał się kolejnego, drugiego już numeru. Serdecznie gratuluję wytrwałości wszystkim twórcom i osobom związanym z tym magazynem. Muszę przyznać, że jestem pełna podziwu - liczę na kolejne numery. Mam nadzieję, że będą jeszcze ciekawsze od poprzednich :)


Spis treści drugiego numeru:

 

W ostatnim czasie  wystartował też Literadar - magazyn przygotowany przez BiblioNETkę. W porównaniu do magazynu Archipelag wypada blado - znajdziemy w nim wiele krótkich bądź dłuższych recenzji, jeden wywiad, fragment powieści i artykuł poświęcony czytnikowi elektronicznemu. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie więcej typowych artykułów. Poniżej prezentuję kilka screenów ukazujących wygląd i zawartość.








Magazyn można znaleźć tutaj.

czwartek, 21 października 2010

Na końcu świata... (Tomek Michniewicz "Samsara")


Jest taka książka, którą czyta się jednym tchem, od której trudno się oderwać. Jest taka książka, która sprawia, że to co obok, przestaje istnieć – pierwsze zdanie przenosi nas momentalnie do innego świata, w którym zostajemy na długo po skończonej lekturze. O czym mowa? O „Samsarze”. 




Autorem tej książki jest Tomek Michniewicz – człowiek do zadań specjalnych. Jego pasją jest dziennikarstwo i fotografia i zwiedzanie świata na własną rękę. Publikował w wielu poczytnych magazynach i tygodnikach, takich jak  „Polityka”, „Podróże”, „Playboy”. Chociaż ma dopiero 28 lat, odwiedził już ponad 30 krajów. „Samsara. Na drogach, których nie ma” jest jego debiutem literackim – bardzo udanym, jak na moje oko. 

Gdy przystępowałam do czytania, nie zdawałam sobie sprawy, że będę miała problemy ze znalezieniem odpowiedzi na pytanie „O czym jest ta książka?”. Myślałam, że książka Michniewicza będzie jeszcze jedną książką podróżniczą, którą miałam okazję dotąd czytać. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam… W swojej książce Michniewicz zabiera nas w miejsca, których nie można zobaczyć podróżując z biurem turystycznym. Podróżując „po drogach, których nie ma”, pokazuje nam świat, który znajduje się obok uczęszczanych i utartych szlaków. Michniewicz rezygnuje z nich wybierając drogę w nieznane, wielką niewiadomą, oferującą dużo więcej atrakcji i adrenaliny, niż to, co pokazują przewodnicy. 

Wielkim atutem tej książki jest jej styl – Tomek Michniewicz potrafi doskonale operować słowem. To jego plastyczne opisy i żywe dialogi dają nam złudzenie uczestnictwa w tym, co zostało opisane. W jednej chwili przenosimy się do miejsc, w których był autor „Samsary”. Michniewicz potrafi zaczarować i zahipnotyzować czytelnika swoimi opowieściami, dzięki czemu dla wielu osób podróż do Azji to tylko kwestia czasu i załatwienia niezbędnych formalności. Kolejnym smaczkiem tej książki są niezwykłe fotografie, której autorem jest nie kto inny jak Tomek Michniewicz. To właśnie fotografie w połączeniu z opisem niesamowitych miejsc, które miał okazję odwiedzić autor, działają na czytelnika niczym magnes, przyciągający do tego, co nieznane i tajemnicze, ale nie tylko. Podróż, w którą zabiera nas Michniewicz, to również podróż w głąb samego siebie – poznanie własnych słabości i próba pokonania ich, a także próba odnalezienia odwagi wobec tego, co czeka na drugim końcu świata, z czym często mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy staniemy z tym twarzą w twarz. Nie jest ważny cel – ważna jest sama podróż i chęć jej odbycia, o czym pisze autor na końcu swojej książki: 

„Nieważne dokąd jedziesz i po co, ważne, że masz odwagę jechać. Ja nie podróżuję, żeby się wspiąć na jakąś górę. Ja podróżuję dla tych tysięcy drobnostek, o których czytaliście. Moje góry to każdy kolejny kilometr stopem, talerz zupy z pędami bambusa albo ruiny świątyń. Nawet każda niedospana noc albo zapchlony hotel w miasteczku, do którego nikt nie jeździ, jeśli nie musi. Moim szczytem do zdobycia  jest przeżycie każdego dnia tak, aby go pamiętać do końca życia”[1].

 [1] T. Michniewicz, Samsara. Na drogach, których nie ma, Wydawnictwo Otwarte, 2010, str. 326

Książkę promował filmik, który już kiedyś tutaj zamieszczałam. Nie zaszkodzi przypomnieć i umieścić jeszcze raz, bo został naprawdę świetnie zrobiony:




I jeszcze jeden filmik, pokazujący ruch uliczny w Azji:

środa, 20 października 2010

"Sto tysięcy miliardów wierszy" - Raymond Queneau




Ciekawi mnie, czy mieliście do czynienia z tą książką i co o niej sądzicie... Czytałam o niej już jakiś czas temu, ale nigdy nie miałam okazji, żeby samej stworzyć jakiś wiersz z proponowanych wersów. 

Źródło: YT


"Sto tysięcy miliardów wierszy to kolejna – po Nieszczęsnych B. S. Johnsona – pozycja w serii „Liberatura”. Jej otwarta struktura zaprasza wszystkich czytelników do zabawy we współtworzenie dzieła literackiego o niespotykanych dotąd rozmiarach. Książka ta jest bowiem jedną z najważniejszych pozycji w dorobku grupy OuLiPo, łączącej w swych działaniach matematykę z literaturą. Oryginalna budowa prezentowanej książki oraz rygorystyczna wersyfikacja pozwalają na przekształcenie zaledwie dziesięciu sonetów w „machinę do produkcji wierszy”: gigantyczny tekst, którego czytanie zajęłoby jednemu człowiekowi dwieście milionów lat! Mamy więc do czynienia z dziełem o niewyczerpanej niemal zdolności generowania coraz to nowych sensów. Utwór ten daje znakomite wyobrażenie o potencjale tkwiącym zarówno w kombinatorycznych strategiach OuLiPo, jak i w przełamującej wszelkie konwencje edytorskie poetyce liberatury. Tom w brawurowym przekładzie Jana Gondowicza".

wtorek, 19 października 2010

Książki pełne smakowitości (Magda Gessler "Kocham gotować. Przepis na życie", Hanna Szymanderska "Kuchnia polska. Potrawy regionalne")


W ostatnim czasie moją uwagę przykuło kilka książek spoza kręgu literatury pięknej, bądź literatury faktu– jako, że ja sama lubię eksperymentować w kuchni, a w moim domu każdego dnia za sprawą mamy rozchodzą się wspaniałe zapachy, zdecydowałam się sięgnąć po książki skierowane dla osób lubiących jeść i gotować, czyli po prostu książki kucharskie – chociaż ja osobiście nie określiłabym ich tym mianem. Pierwsza książka, na jaką zwróciłam uwagę jest autorstwa Magdy Gessler – polskiej malarki i restauratorki znanej z programu „Kuchenne rewolucje”. 


 „Kocham gotować. Przepis na życie” nie jest zwykłą książka kucharska, jak można by sądzić patrząc na okładkę, bądź przeglądając przepisy znajdujące się w niej – jest to raczej swoistego rodzaju publikacja, będącą czymś więcej niż tradycyjną książką kucharską, co też tłumaczy we wstępie sama autorka: 

„Ta książka to kwintesencja tego, w co wierzę i kim jestem. To swoisty przewodnik dla osób, które utraciły wiarę w moc jedzenia i w moc domu. Proszę nie myśleć, że to tyko moda. To również magia, na którą powinniśmy być wrażliwi. W zależności od tego jak ugotujemy, z jakim humorem, z jakim nastawieniem , dla kogo – takie właśnie będzie to jedzenie. Jest ono przekazywaniem uczuć – jak kogoś kochamy, tak dajemy mu jeść”[1].

Książka przepełniona jest uczuciami – uczuciami samej Magdy Gessler do gotowania i jedzenia, które pragnie nam, czytelnikom przekazać – my z kolei zgodnie z jej przesłaniem, powinniśmy przekazać je dalej, gotując dla naszych przyjaciół i bliskich. Autorka książki „Kocham gotować. Przepis na życie” wprowadziła interesujący podział - kolorom taki jak: purpura, żółty, różowy, pomarańczowy, czerwony, czarny, biel, brunatny, zielony przyporządkowała kolejno następujące uczucia i stany bliskie człowiekowi, takie jak: pożądanie, zazdrość, zaloty, perwersja miłość, zdrada, niewinność, niechęć, nadzieja. Dosyć oryginalne rozwiązanie, które ułatwia odnalezienie się w ogromnej ilości przepisów proponowanych przez Magdę Gessler. 

 Bardzo spodobała mi się forma i oprawa graficzna książki – myślę, że nie tylko mi. Piękne zdjęcia, opisy poszczególnych uczuć i stanów, a także piękne reprodukcje obrazów autorki dodają te książce smaczku i uroku. Miło jest obcować z tak pięknie wydaną książką. Przyznaję, że jeszcze nie miałam okazji wypróbować żadnego przepisu – jest ich tak dużo, że trudno się zdecydować. Samą książkę już dziś gorąco polecam.  

Drugą publikacją jaka wpadła w moje ręce jest “Kuchnia polska. Potrawy regionalne”, której autorką jest Hanna Szymanderska. 
 

Z całą pewnością określenie książka kucharska nie pasuje do tej publikacji, bowiem książka ta jest ogromnym zbiorem wszelakich przepisów z całej Polski. Jest pod ogromnym wrażeniem zarówno wyboru, jaki został dokonany, jak i samego wydania książki, którą z całą przyjemnością można postawić na półce, nie wspominając o przeglądaniu, które samo w sobie prowadzi do nadprodukcji śliny w naszych ustach i głośnego niczym czołg burczenia w brzuchach. Korzystanie z książki ułatwia podział na regiony takie jak: „Pomorze i Kaszuby”, „Warmia i Mazury”, „Wielkopolska”, „Kujawy”, „Kurpie”, „Mazowsze”, „Podlasie i Lubelszczyzna”, „Małopolska”, „Śląsk”, „Polskie góry”, „Kresy”. Dodatkowym ułatwieniem jest podział na „Przekąski”, „Zupy”, „Dania główne i dodatki”, „Przetwory i desery”. Kilka słów przed każdym rozdziałem pozwala czytelnikowi zorientować się z jaką kuchnią będzie miał do czynienia w danej części książki. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła czytać w pierwszej kolejności rozdziału poświęconego regionowi, który sama zamieszkuję, i który jest mi bardzo bliski, a mianowicie rozdziału zatytułowanego „Śląsk”. Uwielbiam swoją regionalną kuchnię – moim ulubionym daniem są kluski śląskie i rolada. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie moja niewiedza dotycząca kuchni śląskiej i typowych dań serwowanych w moim regionie.  Z drugiej strony mogę napisać, że dzięki temu jeszcze większe zainteresowanie będzie mi towarzyszyło podczas studiowania tego i innych rozdziałów wypełnionych oryginalnymi i smacznymi przepisami, które chętnie zastosuję – zapewne większe pole do popisu będzie miała moja mama, dla której kuchnia nie ma żadnych tajemnic.

Niezwykle trudno jest mi ocenić, która książka jest lepsza – obie są świetnie wydane i po obie sięgnęłam z wielką przyjemnością. Osobiście uważam jednak, że w odróżnieniu od książki Magdy Gessler, „Kuchnia polska. Potrawy regionalne” może znaleźć więcej zwolenników – powód jest prosty. Książka „Kocham gotować. Przepis na życie” to prawdziwy majstersztyk, w którym odnaleźć można bardzo wiele przepisów – przepisów na wykwintne dania, na które niestety nie wszyscy będą mogli sobie pozwolić. Owszem, warto jest spróbować swoich sił przygotowując coś, co wymaga od nas większego nakładu sił i cierpliwości, ale nie każdy przecież może sobie pozwolić na homara, kawior czy inne tego typu ekstrawaganckie specjały. Z kolei w drugiej publikacji Świata Książki można odnaleźć dużo więcej przepisów, będących w stanie zadowolić tak nasz żołądek, jak i portfel. Na koniec dodam, że ubolewam nad tym, że wiele przepisów nie ma zdjęć przedstawiających gotowe dania – to wielka strata dla niektórych potraw, które musimy sobie sami wyobrazić. Zdjęcie jest bardzo pomocne – zwłaszcza niedoświadczonemu kucharzowi, który w obliczu tego braku, musi zdać się na siebie.
  
[1] M. Gessler, Kocham gotować. Przepis na życie, str. 7

poniedziałek, 18 października 2010

Where books come to life...

Kiedyś, na poprzedniej wersji mola, prezentowałam czytelnikom rzeźby z książek... Dziś chciałabym Wam zaprezentować coś podobnego - animację, gdzie główną rolę odgrywa książka i powycinane w jej stronicach mini rzeźby. Mam nadzieję, że oczaruje Was tak, jak mnie.




Źródło: kanał TheNZBookCouncil

niedziela, 17 października 2010

Losowanie i wyniki konkursu numer 2

Zapraszam do zapoznania się z wynikami konkursu ogłoszonego tydzień temu. Z góry przepraszam za jakość wideo - ta pogoda nie służy nagrywaniu filmików i robieniu zdjęć. 



 
 

"Zmrok", o którym pisałam tydzień temu wędruje do Beatrix73 :) Gratuluję i proszę o przesłanie danych na adres e-mail: kalakiryakala@interia.pl Dziękuję wszystkim za udział. Muszę przyznać, że cieszy mnie frekwencja i Wasze zainteresowanie - chętnie skorzystam z Waszych propozycji :) Pozdrawiam i zapraszam do kolejnego konkursu, który niebawem zostanie ogłoszony na blogu.  

K. Wójcik

sobota, 16 października 2010

Popielski raz jeszcze (Marek Krajewski "Erynie")


Nazwisko Krajewskiego jest dobrze znane wielbicielom kryminałów – autor ma na swoim koncie wiele powieści mrożących krew w żyłach. Po raz pierwszy zadebiutował w 1999 roku książką „Śmierć w Breslau”, dzięki której zainteresowano się nim jako pisarzem. Był to pierwszy tom cyklu, w którym głównym bohaterem był komisarz Eberhard Mock, a akcja rozgrywała się we Wrocławiu. 


Jakiś czas temu ukazała się kolejna książka pisarza – „Erynie”. Tym razem powieść Marka Krajewskiego wydało Wydawnictwo Znak, a miasto Wrocław, w którym toczyła się akcja większości jego książek zastąpił Lwów. Ku uciesze miłośników i wielbicieli pisarza, dodam, że „Erynie” to nic innego, jak kolejny kryminał, którego głównym bohaterem jest Edward Popielski, który próbuje odnaleźć osobę odpowiedzialną za  bestialski mord dokonany na  małym chłopcu. Można pokusić się o stwierdzenie, że komisarz Popielski występujący już solo w ostatniej powieści Krajewskiego jest bardzo podobny do bohatera poprzednich książek pisarza. Notabene obydwaj bohaterowie wystąpili u swego boku w książce „Głowa Minotaura”, która została opublikowana w 2009 roku. Jej akcja również toczyła się we Lwowie. 

Muszę przyznać, że autor „Erynii” potrafi świetnie operować słowem – postać komisarza Popielskiego została doskonale opisana z dbałością o najmniejszy szczegół, poczynając od opisu jego osoby i sposobu ubierania się, kończąc na dokładnym opisie jego zachowania w poszczególnych sytuacjach. To wszystko okazało się być jednak niewystarczające - nie będę ukrywała, że po lekturze książki Krajewskiego czuję spory niedosyt – był to kryminał znacząco różniący się od tych, które miałam okazję czytać… Po raz kolejny Krajewski postawił na to, co czytelnikowi jego powieści jest już dobrze znane, a co za tym idzie, nie pokazał niczego nowego. Brakowało mi w „Eryniach” napięcia i wystarczających emocji - nie oznacza to wcale, że tego wszystkiego w książce Marka Krajewskiego nie było. Historii opowiedzianej w „Erynie” po prostu czegoś zabrakło - była jakaś taka mdła, pozbawiona emocji i polotu. Zabrakło iskry, która uczyniłaby z tej książki kryminał inni niż wszystkie dotąd napisane przez autora „Śmierć w Breslau”. Morderstwo dokonane przez zbrodniarza ściganego przez komisarza Popielskiego nie zrobiło na mnie większego wrażenia  - w ogóle nie czułam, żebym czytała kryminał, a przecież tak być nie powinno. Kryminał to nie tylko nastrój i klimat, który zostanie dobrze odwzorowany (w tym wypadku atmosfera przedwojennego Lwowa została bardzo wyraźnie nakreślona). Kryminał musi zaskakiwać – musi trzymać w napięciu do ostatniej chwili. Co z tego, że Krajewski dawkował napięcie, skoro gdzieś w połowie książki zaczął nad tym wszystkim tracić kontrolę – wszystkie jego starania poszły  moim zdaniem na marne. Może książki, które dotąd czytałam nie był kryminałami, a może moje oczekiwania są zbyt wygórowane? Być może autor „Erynii" wypalił się i powinien odpocząć, albo spróbować swoich sił w innym gatunku literackim… Myślę, że coś jest na rzeczy, skoro nie tylko ja dostrzegam przewidywalność jego książek. Mam nadzieję, że kolejna powieść Krajewskiego bardziej mi się spodoba.


Marek Krajewski o swojej książce:




Marek Krajewski czyta fragment Erynie:






Spotkanie autorskie z Krajewskim:

piątek, 15 października 2010

Tam, gdzie nie sięga pamięć (Wojciech Nowicki "Dno oka")



Sięgam do swoich wspomnień – w mojej pamięci pojawia się cały szereg obrazów, stopklatek i ujęć – z dzieciństwa, ze szkoły, z podwórka, z wyjazdów z rodzicami i znajomymi… Moja pamięć fotograficzna wciąż dostarcza mi nowych obrazków, dzięki czemu raz po raz mogę wracać do tego co minione, chociaż bywają momenty, kiedy i ona mnie zawodzi, a jakiś szczegół, lub obraz, umykają z mojego umysłu, nie dając się odnaleźć, bądź odtworzyć. I wówczas na scenę wkraczają zdjęcia i fotografie, które lubię gromadzić i oglądać w wolnej chwili. Nie jestem znawcą i nie robię zdjęć zawodowo, co nie znaczy, że nie lubię fotografować… Muszę przyznać, że jest to bardzo pasjonujące zajęcie, które daje wiele przyjemności i satysfakcji – zwłaszcza, jeśli efekt końcowy odpowiada naszym oczekiwaniom. 

Ale fotografia to nie tylko pstrykanie zdjęć – fotografia to też teoria, z która czasem warto się zapoznać. Teoria, bądź rozważania, które nie zniechęcą nas, a wręcz przeciwnie – zachęcą do sięgnięcia po aparat. Tak też jest w przypadku książki Wojciecha Nowickiego „Dno oka”, która stanowi zbiór esejów i rozważań samego autora, który nie przytłacza swojego czytelnika nadmiarem zbędnych informacji. Styl jego wypowiedzi pozbawiony jest patosu i wydumanych zwrotów – pisze ciekawie i z pasją, co da się bardzo dobrze wyczuć w każdym słowie zamieszczonych w tej książce. Nowicki skupia się w swoich tekstach na starych fotografiach, których ma w swojej kolekcji całkiem sporo – pochodzą one z jego prywatnej kolekcji, do której autor przez wiele lat dołączał zdjęcia kupowane na targach staroci, czy w antykwariatach. Są to zdjęcia całkiem zwyczajne – robione przez różne osoby, zalegające gdzieś na strychach, w piwnicach – zapomniane przez ich autorów. Nowicki tak naprawdę ocala te kilkanaście fotografii od zapomnienia – wyciera z nich kurz, przywraca je do życia. Jego narzędziami są opis i słowo, którymi tak dobrze operuje, że zerkamy na zdjęcia właściwie tylko pro forma. W opisie fotografii zamieszczonych w „Dnie oka” pojawia się cała masa szczegółów i uwag, które każdy opisywany obraz powołują do życia. Jest w tych opisach wiele emocji, Autor nie pisze o tym, jak fotografować, ani też nie skupia się na historii fotografii, która pojawia się w książce w bardzo okrojonej formie - tylko wtedy, gdy wymaga tego opisywane przez Nowickiego zdjęcie. 

Książka Nowickiego zwraca uwagę na wiele istotnych problemów – rozważania zawarte w książce „Dno oka”  pokazują, jaką ogromną ewolucję w ostatnich latach przeszła  fotografia – rozwój nowej technologii uczynił z niej niemalże towar, który musi zostać sprzedany. Scenografia, która kiedyś odgrywała istotną rolę, dziś jest zbędna, ponieważ za pomocą kilkunastu kliknięć, może znaleźć się na zdjęciu. Ta magia i iluzja dostępna jest coraz większej grupie osób – kiedyś tajniki i sekrety fotografii dostępne były nielicznym – dziś właściwie każdy może spróbować swoich sił – nie trzeba być zawodowcem – wystarczy pasja i odrobina dobrych chęci. Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak zaakceptować taki stan rzeczy. Trzeba również zaznaczyć, że fotografia cyfrowa ma swoje plusy – daje ogromne pole do popisu, zwłaszcza obróbka cyfrowa i tak chętnie wykorzystywany retusz. Należy jednak pamiętać, żeby wszystkie te narzędzie używać z głową i umiarem – tylko wtedy fotografia cyfrowa może przynieść wiele korzyści, jak np. rekonstrukcja starych i zniszczonych przez czas zdjęć, które na nowo mogą cieszyć nasze oko – zdjęć, które są wyjątkowe pod wieloma względami, na co zwraca uwagę autor książki „Dno oka”. Oby więcej takich interesujących lektur pisanych z pasją i miłością. 

Wydawnictwo Czarne,  2010

środa, 13 października 2010

Włazł kotek, na płotek (Simon Tofield - Kot Simona. Za płotem)


Nigdy nie byłam miłośniczką kotów – ich futro nie miało na mnie zbawiennego wpływu. Aż pewnego dnia (właściwie to całkiem niedawno) natknęłam się w sieci na filmik, na którym pewien kot goni muchę, by w końcu ją obezwładnić, a następnie podarować swojemu właścicielowi w prezencie. I stało się! Oniemiałam z wrażenia i nie mogłam o nim przestać myśleć. Z każdym kolejnym filmikiem utwierdzałam się w przekonaniu, że kocham tego kota… O kim mowa? O kocie Simona ;) Nieprawdopodobne, że on ma aż tyle fanów – i wygląda na to, że będzie miał ich jeszcze więcej. Wszystko za sprawą książki, która ukazała się w ostatnim czasie. Właściwie trudno nazwać publikację „Kot Simona. Za płotem” książką. Jest to raczej album, w którym można odnaleźć tylko i wyłącznie ilustracje przedstawiające rzeczonego kocura w dosyć zabawnych sytuacjach, mających miejsce głównie na podwórku, które kot Simona postanowił pewnego dnia poznać osobiście. 


Muszę przyznać, że rysunki są dosyć oryginalne – stylistyka i kreska idealnie wpasowują się w mój gust. Lubię takie proste i nie przesadzone ilustracje, w których ukryty jest przekaz i całkiem spory ładunek emocji… Mam tylko jedno „ale” - moim skromnym zdaniem rysunki wypadają nieco blado na tle filmików, które można odnaleźć na serwisie www.youtube.pl, na kanale „Simonscat”. Owszem, mają swój urok i przykuwają uwagę, ale nie oszukujmy się – prawda jest taka, że to właśnie filmiki są tym, co w przypadku Kota Simona podoba się ludziom najbardziej. Ilustracje to tylko ilustracje, natomiast filmik, to coś więcej niż tylko ładny obrazek – to cała sekwencja obrazów, które na naszych oczach układają się w historię działającą na nasze zmysły – wzrok i słuch.  Najlepiej zatem traktować tę książkę jako dopełnienie filmików, bez których będzie nam trudno w stu procentach ożywić tego niebanalnego kocura – chyba, że dysponujemy dość rozwiniętą wyobraźnią. Żałuję, że tych filmików jest tak mało i z utęsknieniem wyglądam kolejnych odcinków. Mogłabym je oglądać w kółko… 





Kilka filmików, dla tych, co nie znają Kota Simona:






niedziela, 10 października 2010

Dobry pastisz nie jest zły (Harvard Lampoon "Zmrok") + Konkurs



Jestem zagorzałą przeciwniczką książek Pani Meyer i wątpię, by cokolwiek w tej kwestii kiedykolwiek się zmieniło – „Zmierzch” jest dla mnie czymś całkowicie pozbawionym walorów artystycznych – czymś, co może nadawałoby się do czytania, gdyby zostało napisane od nowa z wykorzystaniem mniejszej ilości słów, znaków i zbędnych zdań. Niestety –jak dla mnie jest to książka przegadana, z góry obliczona na komercyjny sukces mający przynieść autorce niesamowite zyski. 

Czymś zupełnie naturalnym jest pojawienie się na rynku wydawniczym książek, które wykorzystują sukces, jaki wypracowały sobie popularne tytuły – świetnym przykładem jest parodia Harry’ego Potter’a, których autorem jest Michael Gerber. Biorąc pod uwagę sukces, jaki osiągnęły książki Stephenie Meyer, pojawienie się parodii „Zmierzchu” było kwestią czasu. Muszę przyznać, że nie wahałam się zbyt długo, gdy natknęłam się na „Zmrok” - pastisz „Zmierzchu”, pod którym podpisuje się Harvard Lampoon (twórcy m.in. parodii Władcy Pierścieni „Bored of the Rings”).  Muszę przyznać, że „Zmierzch” w takiej wersji podoba mi się o wiele bardziej – uwielbiam tego typu teksty, które aż kipią od humoru – nie inaczej było w przypadku tego zabawnego pastiszu, który ukazuje losy Bell Goose (piękna gęś) poszukującej wampira, który ją ugryzie i zmieni jej życie raz na zawsze…. Czy jej marzenie spełni się, gdy na jej drodze stanie niesamowicie przystojny Edwart Mullen? Zainteresowanych odsyłam do książki, nie chcąc zdradzać istotnych dla tego pastiszu szczegółów. 

Domyślam się, że wszelkiego rodzaju parodie i pastisze wzbudzają niechęć i agresję w zagorzałych zwolennikach książek Meyer - myślę, że tego typu zachowanie jest czymś naturalnym, aczkolwiek ze swojej strony radziłabym przed krytykowaniem zapoznać się z obiektem poddawanym krytyce. Znalazłam w Internecie wiele niepochlebnych opinii dotyczących tej publikacji – najgorsze jest to, że opinie te pochodziły od osób, które z tą książką nie miały w ogóle do czynienia. Nie ma chyba nic gorszego jak wskazywanie wad i krytykowanie czegoś, z czym nie miało się nigdy do czynienia. Niestety – fani „Zmierzchu” skreślają tę książkę tylko dlatego, że jest parodią ich ukochanej sagi. Osobiście uważam, że książka mogłaby spodobać się nie tylko fanom parodii i pastiszu, ale również fanom „Zmierzchu” którzy mają zdroworozsądkowe podejście do tego całego przedsięwzięcie, a także poczucie humoru, które pozwoli przełknąć tego typu wersję. No właśnie – poczucie humoru jest tutaj jak najbardziej wskazane. Obawiam się jednak, że wielbicielki ślepo zapatrzone w Edwarda nie będą w stanie zaakceptować innego spojrzenia na ich ukochanego wampira. 

Uwaga, uwaga! Konkurs :) 
Tym razem do wygrania książka, której dotyczy ta recenzja :) Zostanie ona rozlosowana pomiędzy osobami, które polecą mi jakąś fajną parodię - może być książka, lub film :) Byłoby miło, gdyby tytuły się nie powtarzały, ale jeśli dana osoba wskaże ten sam tytuł, a opisze go inaczej niż poprzednik/poprzedniczka, to przymknę oko na tego typu powtórki :) (Proszę nie podawać parodii Harry'ego Potter'a, którą wspomniałam w tej notce - już ją znam, ani parodii "Zmierzchu" w wersji filmowej "Wampiry i świry" bo już widziałam ;) )

Po raz kolejny napiszę, że wypowiedź nie może być za krótka (min. pięć zdań w miarę rozbudowanych). Wypowiedzi proszę pozostawiać w komentarzach. Macie czas do soboty, do godziny 23.59 ;) Losowanie odbędzie się w niedzielę. Mam nadzieje, że wszystko jasne :) Pozdrawiam i czekam na odpowiedzi :)

Losowanie i wyniki konkursu

Zapraszam do zapoznania się z wynikami konkursu ogłoszonego tydzień temu.




















"Mądrości Muminka" wędrują do Edith :) Gratuluję i proszę o przesłanie danych w celu przesłania wygranej książki na adres e-mail: kalakiryakala@interia.pl Dziękuję wszystkim za udział i bardzo ciekawe komentarze. Wkrótce kolejny konkurs, w którym będzie można wygrać książkę.

czwartek, 7 października 2010

Literacka Nagroda Nobla

W tym roku Literacką Nagrodę Nobla otrzymał Mario Vargas Llosa. Jest to pisarz dosyć dobrze znany 0 niejednokrotnie spotykałam się na Waszych blogach z recenzjami jego książek. Ja niestety wciąż wiem o nim niewiele, a świat kreowany w jego książkach wciąż pozostaję dla mnie tajemnicą, chociaż bardzo często obiecuję sobie, że to się zmieni... W tej chwili mam na półce jego powieść "Zielony dom", która czeka na swoją kolej. Mam nadzieję, że jego książki przypadną mi do gustu... Pozwolę sobie zacytować krótką notę na temat autora - dla tych, którzy nie wiedzą, co to za pisarz:

"Llosa to jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, autor wielu powieści, opowiadań, sztuk teatralnych i literatury faktu, publicysta i polityk. Pisać zaczął już we wczesnej młodości, a swą debiutancką powieść Miasto i psy wydał w wieku dwudziestu siedmiu lat.
Wśród jego najlepszych powieści znajdują się między innymi Rozmowa w „Katedrze”, Ciotka Julia i skryba, Kto zabił Palomina Molero?, Święto kozła, Pantaleon i wizytantki, Zielony dom. 

W swojej twórczości Llosa sięga do wielu gatunków i konwencji literackich, nie stroni od wątków autobiograficznych i wyrafinowanych gier z czytelnikiem. W najnowszej powieści Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki w mistrzowski sposób snuje historię niebezpiecznej miłości Ricarda do pewnej niegrzecznej dziewczynki".
Źródło: www.znak.com.pl

niedziela, 3 października 2010

Nike 2010 dla Tadeusza Słobodzianka

Literacka Nagroda Nike 2010 trafiła w tym roku do Tadeusza Słobodzianka za książkę "Nasza klasa".



Uzasadnienie:

"Nagradzamy Tadeusza Słobodzianka nie za odwagę podjęcia trudnego tematu, w którym zbrodnia rozkłada się na tych, którzy ją popełnili, ale i na tych, którzy byli świadkami, na tych, którzy widzieli i milczeli, i na tych, którzy nie chcieli widzieć, wiedzieć i pamiętać. Nagradzamy go za sposób, w jaki o tym mówi, za formę dramatu, który w sposób wstrząsająco prosty, a jednocześnie niesłychanie przemyślany, kreśli historię katów i ofiar, morderców i mordowanych" Wypowiedź przewodniczącej jury prof. Grażyny Borkowskiej.

Przyznam szczerze, że nie znam ani tytułu, ani autora.  Być może wkrótce poznam - kto wie :) Nie jestem osobą, która zaraz po ogłoszeniu wyników (bądź przed nimi) biegnie do księgarni, czy biblioteki i jak najszybciej zaznajamia się z książkami poszczególnych laureatów... Podobnie mam z bestsellerami. U mnie na to potrzeba czasu i jeśli opis danej książki zaciekawi mnie wystarczająco, wówczas nie mam skrupułów by zapoznać się z danym tytułem. 

Źródło wideo i cytatu: Gazeta Wyborcza
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...