sobota, 13 listopada 2010

Andrew Gross - Czarny przypływ

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni czytałam dobrze napisany thriller – zapewne było to ładnych kilka lat temu, bo na studiach odstawiłam tego typu książki na bok, zastępując je nieco ambitniejszymi tytułami. Po latach wracam do tego gatunku za sprawą książki „Czarny przypływ”, której autorem jest Andrew Gross – autor bestsellerowych powieści sensacyjnych, które zostały docenione przez krytyków i czytelników. „Czarny przypływ” to druga książka wydana przez Grossa pod własnym nazwiskiem, chociaż na swoim koncie ma pięć książek napisanych wspólnie z Jamesem Pattersonem. 


Muszę przyznać, że mój powrót do sensacji był całkiem udany – może o tym świadczyć chociażby fakt, że książkę liczącą 447 stron pochłonęłam w dwa dni. Na przeszkodzie nie stanęła mi nawet tematyka, która nie do końca mi odpowiadała…  W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć opis, znajdujący się na okładce:

„Bomba podłożona na dworcu kolejowym Grand Central w Nowym Jorku zabija przypadkowe osoby, a wśród nich inwestora giełdowego Charlesa Friedmana. Tego samego dnia dochodzi do śmiertelnego wypadku samochodowego w dzielnicy, gdzie mieszkają Friedmanowie – ginie młody mężczyzna. Detektyw Ty Hauck, szef lokalnego wydziału dochodzeniowego, odkrywa dziwne powiązanie między tymi pozornie odmiennymi sprawami. Karen, żonę zabitego biznesmena, zaczynają nachodzić niebezpieczni ludzie sugerujący, iż jej mąż miał długi sięgające setek milionów dolarów. Czy spokojne życie Friedmanów było jedną wielką mistyfikacją? Hauck orientuje się, że intryga, którą próbuje rozwikłać jest znacznie bardziej skomplikowana niż początkowo myślał. Jemu, Karen i jej dzieciom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo…”

Przyznaję, że opis początkowo ani nie zniechęcił mnie do lektury, ani nie zapowiedział niczego  spektakularnego. Muszę jednak zaznaczyć, że opis ten zwraca uwagę na to, co jest w tej powieści  najistotniejsze, a mianowicie intrygę, niebezpieczeństwo i wydarzenia, które na początku jawią się czytelnikowi jako coś zupełnie przypadkowego, a wraz z dalszą lekturą okazują się być ściśle ze sobą powiązane. Do tego dochodzi sprawna narracja, idealnie połączone wydarzenia i zaskakujące zakończenie, które stanowi punkt kulminacyjny całego szeregu zwrotów akcji, na które można się natknąć w powieści. Nie sądziłam, że ta książka aż tak mnie wciągnie – muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, powieść Grossa wpadła w moje ręce przypadkowo. Jak widać - przypadek okazał się być strzałem w dziesiątkę.

czwartek, 11 listopada 2010

Dzień otwarty w Muzeum Miasta Jaworzna

Dziś, po blisko dwóch latach intensywnych prac do użytku publicznego została oddana siedziba Muzeum Miasta Jaworzna.  Muszę przyznać, że efekt jest zadowalający. Jeszcze nie wszystko jest skończone, ale zwiedzać już można... Oto kilkanaście zdjęć przedstawiających eksponaty, które można zobaczyć w Muzeum.

























poniedziałek, 8 listopada 2010

Zrób coś ze swoim życiem... (Xiaolu Guo "20 odsłon zachłannej młodości")



W ostatnim czasie zaskoczyła mnie pewna książka, po której zupełnie się tego nie spodziewałam. Książką tą była powieść chińskiej scenarzystki, reżyserki filmowej, poetki i prozaiczki Xiaolu Guo. „20 odsłon zachłannej młodości” ukazuje losy Fenfang, która porzuca rodzinną wioskę i decyduje się zamieszkać w Pekinie – mieście, które w jej odczuciu odmieni całkowicie jej dotychczasowe życie. Początki będę niezwykle trudne – dziewczyna będzie musiała imać się przeróżnych zajęć, dzięki którym będzie mogła przeżyć w wielkiej, obcej metropolii. 

Życie i poczynanie bohaterki zostają ukazane w dwudziestu krótkich epizodach – z każdą kolejną odsłoną obserwujemy Fenfang, która robi kolejny krok ku przemianie z lękliwej nastolatki, w dorosłą i trzeźwo myślącą kobietę, która jest świadoma tego, że musi ruszyć z miejsca, aby zmienić swoje życie. Możemy się o tym przekonać zestawiając ze sobą fragment z początku i końca książki Xiaolu Guo: 

„Moja pierwsza noc w Pekinie. Wielka metropolia i ja, zahukana siedemnastolatka, dla której wypicie coli było wtedy szczytem luksusu. Wędrowałam z walizką od jednego hotelu do drugiego. Od dawna wiedziałam, że hotele nie są dla wieśniaków. Na co więc liczyłam? Nie zakwaterowaliby mnie, nawet gdybym miała kieszenie pełne juanów. Potwierdziły to miny portierów warujących przed wejściem do każdego hotelu, jaki nawiedzałam…”. [1] 

Był to czas, kiedy Fenfang nie myślała poważnie o przyszłości – ważne było dla niej, żeby znaleźć sobie jakąś pracę i dach nad głową – by przeżyć kolejny dzień… Chciała uciec z rodzinnej wioski, która nie mogła zagwarantować jej niczego dobrego. I chociaż mieszkała w Pekinie, przez wiele lat, przez długi czas czuła się jak wieśniaczka – praca w fabryce nie dawała jej satysfakcji. Fenfang była dziewczyną ambitną, która chciała coś osiągnąć w swoim życiu – miała dość pracy za marne wynagrodzenie – postanowiła znaleźć stanowisko lepiej płatne. Została statystką – praca ta dała jej coś więcej niż pieniądze, za które mogła się utrzymać w wielkim mieście:

„Byłam więc sześć tysięcy siedemset osiemdziesiątą siódmą osobą w Pekinie czekającą na występ w filmie albo telewizji, Przed sobą miałam sześć tysięcy siedemset osiemdziesięciu sześciu młodych i pięknych lub starych i brzydkich pretendentów do jakiejś, wszystko jedno jakiej roli. Może to i sporo, lecz przy ogólnej liczbie półtora miliarda mieszkańców Chin sześć tysięcy siedemset osiemdziesiąt sześć osób  to mniej więcej tyle, ile żyje w mojej wsi. Miałam zamiar podbić tę nową wioskę" [2] 

Fragment ten doskonale pokazuje determinację dziewczyny, która chce być kimś więcej niż bezimienną i anonimową osobą. Fenfang była zachłanna – chciała osiągnąć jak najwięcej. Wyrwała się z rodzinnego miasta, w którym trwałaby w miejscu, więc nie ma co się dziwić, że chciała wykorzystać swoją szansę jak najlepiej. Praca jako statystka była zaledwie pierwszym etapem jej karkołomnej wspinaczki na górę, której szczyt majaczył gdzieś w chmurach… 

Historia opisana przez Xiaolu Guo ma wymiar uniwersalny. Czytając książkę „20 odsłon nzachłannej młodości” możemy prędzej czy później odnaleźć nas samych – ludzi, którzy zdecydowali się na zmianę drogi, którą przez wiele lat kroczyli. Ta książka zaskakuje, odciska swoje piętno w psychice i zapada w pamięć na długo. – a już na pewno słowa i niejako przesłanie tej książki, które można przeczytać na końcu, a mianowicie: „Fenfang, musisz coś zrobić ze swoim życiem”[3]. 

Polecam – zwłaszcza tym, którzy boją się ruszyć z miejsca w poszukiwaniu własnego spełnienia.  

[1] Xiaolu Guo, 20 odsłon zachłannej młodości, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010, str. 15
[2] Tamże, str. 9 – 10
[3] Tamże, str. 235

niedziela, 7 listopada 2010

Targowisko próżności

Moja podróż na Targi Książki w Krakowie rozpoczęła się o godzinie 7:38 – wtedy właśnie miałam busa do Krakowa. Ścisk i zgiełk, które były znakiem charakterystycznym trzeciego dnia TK, towarzyszyły mi od początku… 

W Krakowie byłam przed 9 – umówiłam się z Futbolową i jej narzeczonym. 



 (Galeria Krakowska - wielkie oczekiwanie na Klaudynę i Marcina)

Naszym wspólnym celem był tramwaj o numerze 14, w którym mieli być obecni kontrolerzy rozdający kupony uprawniające do odbioru książki na stanowisku wydawnictwa Znak. Nikogo takiego jednak nie spotkaliśmy – chyba nie muszę pisać, jak wielki zawód nas spotkał...


(Dowód - Klaudyna trzyma książki wydawnictwa Znak)

Nie wiem dokładnie o której godzinie przybyliśmy pod hale targową – domyślam się, że była to godzina 10. Po pozostawieniu zakupieniu biletów (Futbolowa i Marcin), po okazaniu zaproszenia przy rejestracji gości i zostawieniu rzeczy w szatni, ruszyliśmy w kierunku sektorów, na których znajdowały się Wydawnictwa. 

Na pierwszy ogień poszło Wydawnictwo W.A.B, na którym jeszcze panowała cisza i spokój. Katalogów nie brakowało :) Korzystając z okazji,  zaopatrzyliśmy się w nie – z katalogami pod pachą, ruszyliśmy w kierunku punktu cateringowego po gorącą herbatę – jak się później okazało, niejednokrotnie kierowaliśmy się w tym kierunku :D 


(Katalogi wydawnictwa W.A.B. i gorąca herbata)  

Daliśmy ochłonąć pierwszym emocjom, zwiedziliśmy sektor F, a następnie udaliśmy się na poszukiwanie sektorów wydawnictw dobrze nam znanych, takich jak Świat Książki, Znak, Czarne, Nasza Księgarnia, Rebis. 

Mapa okazała się elementem niezbędnym. Biuletynów informujących o tym gdzie i o której godzinie jaki gość będzie podpisywał swoje książki niestety brakowało – dobrze że wzięłam z domu kartkę, na której wynotowałam ważniejsze nazwiska. 



Mnie najbardziej zależało na podpisie Andrzej Stasiuka, którego książki uwielbiam. Stałam w kolejce około 40 minut, a to dlatego, że umówiłam się tam ze znajomą… Dzięki temu miałam podpis jako pierwsza :) Ach! Co to była za chwila. Dobrze, że nogi się pode mną nie ugięły – chociaż niewiele brakowało. 


 (Pierwszy podpis dla mnie! Autor zdjęcia: Grzegorz Witczak)

 



W czasie kiedy ja czekałam na podpis Stasiuka, Klaudyna i Marcin czekali w kolejce po podpis Cejrowskiego, Miałam okazję zobaczyć go w Sali konferencyjnej, w której opowiadał o wznowieniu swojej książki. Ja osobiście nie przepadam za Cejrowskim, co sprawia, że jakoś nie mam ochoty sięgać po jego książki. 

W planach miałam jeszcze zdobycie podpisu prof. Bartoszewskiego i Jacka Dukaja – w przypadku tego ostatniego pojawił się problem – stanowisko Wydawnictwa Literackiego nie było chyba przygotowane na przyjęcie tak wielkiej liczby zainteresowanych – od godziny 12 książki podpisywała Roma Ligocka, o godzinie 13 miała książki podpisywać Marlena de Blasi, a tymczasem kolejka do Romy Ligockiej wciąż była ogromna… Nie wiem jak było w przypadku Jacka Dukaja, który miał się pojawić o 14 – zapewne sytuacja była podobna. Dałam więc sobie spokój i poszłam po podpis Marka Krajewskiego, który okazał się być przesympatycznym pisarzem :) Aż mi się głupio zrobiło, że jego książka Erynie, na której złożył mi swój podpis nie wzbudziła tak wielkiego entuzjazmu, jak sam pisarz. 


(Marek Krajewski)




Muszę przyznać, że te targi zmęczyły mnie niemiłosiernie – ponoć w sobotę hale odwiedziła rekordowa liczba osób. Nie ma co się dziwić. Wolę nie myśleć, co się tam będzie działo dzisiaj… 

Będę szczera – nie jestem zachwycona… Mogło być naprawdę wspaniale, ale chyba ludzie odpowiedzialni za organizację tego wszystkiego nie zdołali udźwignąć ciężaru, jaki na nich spoczywał. Po pierwsze - przede wszystkim było za dużo stanowisk – no tak, ja wiem… Każdy chce się zareklamować i pokazać, ale czy aby na pewno musiało być aż tak dużo wydawców katolickich? Nie można było wybrać najważniejszych, albo zrobić jednego, większego stanowiska? Więksi wydawcy mogli mieć większe stanowiska – Znak, Wydawnictwo Literackie, W.A.B., Rebis, Prószyński, które cieszyły się większym zainteresowaniem, musiały radzić sobie na niewielkiej przestrzeni – gdy ustawiła się kolejka po podpisy, problemy z przejściem były ogromne. Po drugie – w hali było gorąco. Stojąc po podpis do Stasiuka miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Po trzecie – w ogóle nie było rabatów – tylko niektóre wydawnictwa, bądź księgarnie proponowały swoim klientom zniżki, które na takich targach powinny być czymś naturalnym. Kupiłam tylko jedną książkę – „Dziennik pisany później”, która zamiast 39 złotych, kosztowała 35. Śmiech na sali, ale dla Stasiuka wszystko. 

Na targach kupiłam tylko jedną książkę, a mimo to wróciłam do domu wręcz obładowana nimi… Gdy poszłam na stoisko Świata Książki przywitać się i poznać z Panią Dorotą Nowak, zostałam zapytana, jakie książki chcę – oczywiście w ramach egzemplarzy recenzenckich. Wybrałam książkę Tomasza Jachimka „Handlarze czasem”, Amosa Oza „Spokój doskonały” i „Ku słońcu”, Ingii Iwasiów, która wówczas podpisywała swoje książki :)


 (Inga Iwasiów)


Na stanowisku wydawnictwa Znak otrzymałam najnowszą książkę Szymona Hołowni „Bóg. Życie i twórczość”. 

 Niedogodności związane z targami zrekompensowało mi spotkanie z blogerkami :) - Kaś, Aliną i Izabelą :) Było super – rozmawiałyśmy o książkach i targach, chwaliłyśmy się naszymi nabytkami. Czułam się, jakbym znała je od dłuższego czasu, a nie – godziny, czy dwóch. Mam nadzieję, że było to pierwsze z całej serii spotkań, które dopiero się odbędą. Żałuję, że nie było Skarletki. Żałuję, że Futbolowa i Marcin nie dołączyli do nas. Żałuję, że było nas tak mało i tak szybko trzeba było jechać do domu… 




(Kącik dla dzieci)



(Małgorzata Gutowska - Adamczyk podpisuje książkę "Cukiernia Pod Amorem". Muszę przyznać, że chyba skuszę się i kiedyś ją przeczytam, bo słyszałam i czytałam wiele pozytywnych opinii) 

Na koniec chciałabym pozdrowić wszystkie osoby, z którymi miałam okazję się spotkać :) Było naprawdę super. Dziękuję za mile spędzony czas i rozmowy, o których długo nie zapomnę. 

piątek, 5 listopada 2010

Strona "69"

Niedawno ruszyła nowa zabawa... Zapoczątkowała ją Karolina :) Niniejszy post jest odpowiedzią na zaproszenie do zabawy ze strony Klaudyny :) (dziękuję :) )

W moim przypadku nie było to takie łatwe, jakby się mogło wydawać - biorąc pod uwagę, że siedzę obok regału (po mojej lewej stronie), sięgnąć po jedną książkę jest nie lada wyzwaniem. Sięgnęłam zatem po książkę samotniczkę, leżącą po mojej prawej stronie, jako, że w moim życiu prym wiedzie właśnie prawa ręka... I tutaj pojawił się problem, bowiem na stronie "69" jest zdjęcie :) Tekst kończy się na stronie 48 i na nowo zaczyna na 81. Książką, po którą postanowiłam sięgnąć była najnowsza powieść Andrzej Stasiuka "Dziennik pisany później". Niestety - musiałam ją odłożyć i jednak zdecydować się na tytuł znajdujący się po mojej lewicy. Wybór padł na "Opowieść żony" Lori Lansens, którą dziś dostałam z Wydawnictwa W.A.B. 

Pierwsze zdanie z 69 strony brzmi następująco:

"Płaczącym w odległym domu noworodkiem i śpiącym w swoim łóżku panem Feragamo". 

 Jeśli chociaż trochę zaintrygowało Was to zdanie to zapraszam do przeczytania fragmentu z którego ono pochodzi:

"Czyżby właśnie nagość pozwoliła jej zobaczyć samą siebie z nieznanej dotąd perspektywy? Kiedy tak leżała, podczas gdy nad nią szalała burza, a ona dzieliła ciężki los z czułą, wilgotną ziemią, ogarnęło ją osobliwe poczucie wyzwolenia. I głębokiego zjednoczenia. Wyzwolenia od czego? - nie umiałaby powiedzieć. Zjednoczenia z czym? - tego też nie wiedziała. Ale - co najważniejsze - nie miało to chyba żadnego znaczenia. Pomyślała, że może to niedotlenienie ma coś wspólnego z tym stanem przebudzenia, zrobiła kilka głębokich wdechów, które raczej pogłębiły, niż osłabiły wrażenie, jakby za przekręceniem kontaktu coś się w niej nagle włączyło. Każdą jej komórkę przenikała w rytmie pulsu wszechrzeczy elektryczność, która łączyła ją z tulącą jej ciało ziemią i z balansującą na źdźble trawy koło jej ucha mrówką. Była korzeniami smaganej wichrem wierzby i powietrzem, które wypełnia jej płuca. Płaczącym w odległym domu noworodkiem i śpiącym w swoim łóżku panem Feragamo. Każdą kroplą deszczu; psem pani Merkel; szczątkami zdechłego kota. Była więcej niż sobą, a zarazem niczym więcej niż podrywającym ją ku górze powiewem, dopóki jej oczom nie ukazała się własna, rozebrana przez wiatr, wielka, uspokojona i piękna postać, podobna do gigantycznego niemowlęcia. W tym stanie olśnienia, w którym nie było miejsca na żal, spoglądała na własne ciało, dane na dobre i na złe, bez wstydu, bez smutku i bez tęsknoty" [1]

[1] Lori Lansens, Opowieść żony, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2010, str. 68 - 69



Mam nadzieję, że fragment spodobał się Wam :) Wkrótce recenzja...  

Do zabawy zapraszam każdego, kto ma ochotę się przyłączyć :) Tyle osób bierze udział w zabawie, że zwyczajnie pogubiłam się w tym, kto już brał, a kto jeszcze nie brał w niej udziału.

czwartek, 4 listopada 2010

"Oto mam moje małe niebo. Oto mam moje małe piekło..." (Katarzyna Berenika Miszczuk "Ja, Diablica")



Zawsze jestem otwarta na nowe doświadczenia, dlatego lubię sięgać po książki nieznanych autorów. Tak też było w przypadku młodej, polskiej pisarki – Katarzyny Bereniki Miszczuk. Ta dwudziestodwuletnia studentka mimo młodego wieku w swoim dorobku ma już trzy książki – „Wilk” (2006), „Wilczyca” (2009) i wydaną w tym roku powieść „Ja, Diablica”, której poświęcona będzie ta recenzja. 

Powieść „Ja, Diablica” to dosyć ciekawa wariacja na temat piekła, do którego trafia główna bohaterka – Wiktoria Biankowska. Dziewczyna początkowo jest oszołomiona i nie może odnaleźć się w nowej sytuacji – jednego dnia żyje na ziemi, a następnego obcuje z siłami nieczystymi. Owe siły to demony i diabły, które pomagają jej stać się diablicą, targującą się o dusze ludzi, którzy w przeciwieństwie do niej, po śmierci mają jeszcze jakiś wybór.  Dziewczyna musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, która z każdą chwilą zdaje się być mniej dziwaczna, niż na początku. Ba – piekło zaczyna jej się nawet podobać. 

Muszę przyznać, że podczas lektury niejednokrotnie zazdrościłam głównej bohaterce – nie ukrywam, że sama z miłą chęcią zastąpiłabym ją w roli diablicy. Myślę, że nie tylko ja… A wszystko przez autorkę powieści, która przedstawiła piekło w taki sposób, że chyba większość osób nie miałaby problemu z wyborem, gdyby przyszło im wybierać podczas targu o duszę miejsce, do którego chcą trafić po śmierci. Nie oszukujmy się – komu nie spodobałoby się miejsce, w którym można korzystać ze wszystkiego do woli, bez ryzyka utraty życia po raz drugi?  Kto nie chciałby trafić do Los Diablos? W ułamku sekundy moglibyśmy mieć, co tylko byśmy chcieli… Najlepsze ubrania, kosmetyki z górnej półki, płyty CD, z których można by było stworzyć sobie całkiem niezłą kolekcję… Najlepsze zostawiłam na koniec… Uwaga, uwaga – miliony książek i nieskończenie wiele czasu na ich czytanie! (Ach! Rozmarzyłam się…) A na dodatek można tam spotkać takie osobistości jak Kleopatra czy Napoleon, bądź inne sławy znane z kina i nie tylko. Było by miło – czyż nie? Zapewne do czasu, gdy zaczęlibyśmy tęsknić za tym, co utraciliśmy – tak, jak główna bohaterka, która wciąż wraca na ziemię, by spotkać się ze swoim ukochanym, który jeszcze nie wie o tym, że kocha się w nim sama diablica z piekła rodem…

Nie będę ukrywała, że książka Miszczuk to czytadło… Ale za to jakie czytadło! Autorka oddała w ręce czytelnika powieść, która powstała w wyniku połączenia tego, co najlepsze w gatunkach takich jak, fantastyka, romans, komedia i kryminał. Wszystko to sprawia, że książka „Ja, Diablica” to mieszanka wybuchowa, którą nie nudzi się ani przez chwilę. Dawno się tak nie uśmiałam. Dawno żadna książka tak mnie nie wciągnęła w swój świat. Nie często zdarza mi się sięgać po literaturę tego typu, co nie znaczy, że jej nie trawię. Jeśli książka jest napisana lekkim, przystępnym językiem, a do tego jest zabawna i oryginalna, nie mam żadnych skrupułów, żeby po nią sięgnąć i polecić innym. Jestem ciekawa czym autorka „Ja, Diablica” zaskoczy swoich czytelników w przyszłości – akcent kładę na słowo „czym”, bo co do tego, czy zaskoczy, nie mam wątpliwości.

środa, 3 listopada 2010

Raj na ziemi (Targi Książki)



Już jutro Targi Książki w Krakowie. Wybieram się - zmobilizowało mnie do tego zaproszenie wygrane w konkursie zorganizowanym przez portal www.nakanapie.pl. 

Mam wielki dylemat... Mam zaproszenie na  cztery dni i każdego coś interesującego. Ogromnie żałuję, że nie mieszkam w Krakowie. Poszukiwania noclegu nic nie dały, a przydałby się chociaż z soboty na niedzielę, bo bardzo pragnę tam być właśnie w te dwa dni. Niestety - chyba będę musiała wybrać - sobota, albo niedziela... Ech. Jak ja nie lubię wybierać. Bardziej skłaniam się ku sobocie, z racji organizowanego spotkania :) ale sama nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie... Może zdarzy się cud :D spędzę cały weekend w Krakowie.

Zapraszam na stronę 14 Targów Książki, w celu zapoznania się z programem i atrakcjami. Dla każdego coś dobrego.

wtorek, 2 listopada 2010

Koniec niewinności (Megan Abbott - "Koniec wszystkiego")


 
Bohaterką książki „Koniec wszystkiego”, którą miałam okazję ostatnio przeczytać jest trzynastoletnia dziewczynka Lizzi. Jej najlepsza przyjaciółka ginie w niewyjaśnionych okolicznościach – jak się później okazuje, w tym samym czasie z miasta znika główny podejrzany, na którego wskazuje przyjaciółka zaginionej dziewczynki – Lizzi, która pomaga jak może w poszukiwaniach, w które zaangażowana jest cała masa ludzi. Każdy dzień przynosi kolejne istotne szczegóły… 

Dominującym elementem tej książki są przemyślenia głównej bohaterki dotyczące aktualnych wydarzeń – nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że myśli Lizzi wręcz wypływają z tej książki. Ich siłę i moc można poznać w pełni tylko wtedy, gdy w całości oddamy się lekturze. Muszę przyznać, że Lizzi ma wiele do powiedzenia, a jej przemyślenia oscylują wokół ludzi, z którymi wchodzi w nowe, nieznane dotąd relację i otoczenia, które z czasem staje się czymś innym, niż było dotychczas. W książce można się spotkać z różnego rodzaju przemyśleniami – od trafnych i nad wyraz dojrzałych spostrzeżeń, po naiwne nastoletnie wynurzenia, które miejscami mogły irytować i zniechęcać do dalszej lektury. Owa równowaga uzmysławia czytelnikowi, że chociaż Lizzi, która nagle znajduje się w centrum świata dorosłych, wciąż jest zagubioną trzynastolatką, która próbuje wszystkie wydarzenia zrozumieć po swojemu – co nie zawsze musi być dobre dla prowadzonego właśnie śledztwa. 

Perspektywa wykorzystana w powieści nie jest niczym nowym, ani odkrywczym – nie pierwszy i nie ostatni raz bohaterką i narratorką powieści, jest nastolatka, która staje twarzą w twarz z problemami dorosłych. Z podobną historią spotkałam się w książce „Co widziały wrony”, która podobała mi się dużo bardziej, niż historia Abbott. Ostatnimi czasy niewiele jest książek, które mnie powalają na kolana, odbierają oddech i zachwycają do granic możliwości -  częściej mam do czynienia z książkami, które nie wnoszą nic do mojego życia, bądź światopoglądu. Książka Abbott niestety nie zachwyciła mnie – być może dlatego, że sięgając po nią spodziewałam się mrożącego krew w żyłach kryminału, albo chociaż trzymającego w napięciu thrillera, a tymczasem dostałam powieść, w której główny akcent położony był na psychologiczny aspekt dojrzewania. Mogło być dużo lepiej.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Pop - up books...

czyli trójwymiarowe rozkładane książki. Coś niesamowitego! 

Alicja w Krainie Czarów 








Czarnoksiężnik z Krainy Oz




Mały Książe




Piotruś Pan




Kopciuszek

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...