piątek, 5 listopada 2010

Strona "69"

Niedawno ruszyła nowa zabawa... Zapoczątkowała ją Karolina :) Niniejszy post jest odpowiedzią na zaproszenie do zabawy ze strony Klaudyny :) (dziękuję :) )

W moim przypadku nie było to takie łatwe, jakby się mogło wydawać - biorąc pod uwagę, że siedzę obok regału (po mojej lewej stronie), sięgnąć po jedną książkę jest nie lada wyzwaniem. Sięgnęłam zatem po książkę samotniczkę, leżącą po mojej prawej stronie, jako, że w moim życiu prym wiedzie właśnie prawa ręka... I tutaj pojawił się problem, bowiem na stronie "69" jest zdjęcie :) Tekst kończy się na stronie 48 i na nowo zaczyna na 81. Książką, po którą postanowiłam sięgnąć była najnowsza powieść Andrzej Stasiuka "Dziennik pisany później". Niestety - musiałam ją odłożyć i jednak zdecydować się na tytuł znajdujący się po mojej lewicy. Wybór padł na "Opowieść żony" Lori Lansens, którą dziś dostałam z Wydawnictwa W.A.B. 

Pierwsze zdanie z 69 strony brzmi następująco:

"Płaczącym w odległym domu noworodkiem i śpiącym w swoim łóżku panem Feragamo". 

 Jeśli chociaż trochę zaintrygowało Was to zdanie to zapraszam do przeczytania fragmentu z którego ono pochodzi:

"Czyżby właśnie nagość pozwoliła jej zobaczyć samą siebie z nieznanej dotąd perspektywy? Kiedy tak leżała, podczas gdy nad nią szalała burza, a ona dzieliła ciężki los z czułą, wilgotną ziemią, ogarnęło ją osobliwe poczucie wyzwolenia. I głębokiego zjednoczenia. Wyzwolenia od czego? - nie umiałaby powiedzieć. Zjednoczenia z czym? - tego też nie wiedziała. Ale - co najważniejsze - nie miało to chyba żadnego znaczenia. Pomyślała, że może to niedotlenienie ma coś wspólnego z tym stanem przebudzenia, zrobiła kilka głębokich wdechów, które raczej pogłębiły, niż osłabiły wrażenie, jakby za przekręceniem kontaktu coś się w niej nagle włączyło. Każdą jej komórkę przenikała w rytmie pulsu wszechrzeczy elektryczność, która łączyła ją z tulącą jej ciało ziemią i z balansującą na źdźble trawy koło jej ucha mrówką. Była korzeniami smaganej wichrem wierzby i powietrzem, które wypełnia jej płuca. Płaczącym w odległym domu noworodkiem i śpiącym w swoim łóżku panem Feragamo. Każdą kroplą deszczu; psem pani Merkel; szczątkami zdechłego kota. Była więcej niż sobą, a zarazem niczym więcej niż podrywającym ją ku górze powiewem, dopóki jej oczom nie ukazała się własna, rozebrana przez wiatr, wielka, uspokojona i piękna postać, podobna do gigantycznego niemowlęcia. W tym stanie olśnienia, w którym nie było miejsca na żal, spoglądała na własne ciało, dane na dobre i na złe, bez wstydu, bez smutku i bez tęsknoty" [1]

[1] Lori Lansens, Opowieść żony, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2010, str. 68 - 69



Mam nadzieję, że fragment spodobał się Wam :) Wkrótce recenzja...  

Do zabawy zapraszam każdego, kto ma ochotę się przyłączyć :) Tyle osób bierze udział w zabawie, że zwyczajnie pogubiłam się w tym, kto już brał, a kto jeszcze nie brał w niej udziału.

czwartek, 4 listopada 2010

"Oto mam moje małe niebo. Oto mam moje małe piekło..." (Katarzyna Berenika Miszczuk "Ja, Diablica")



Zawsze jestem otwarta na nowe doświadczenia, dlatego lubię sięgać po książki nieznanych autorów. Tak też było w przypadku młodej, polskiej pisarki – Katarzyny Bereniki Miszczuk. Ta dwudziestodwuletnia studentka mimo młodego wieku w swoim dorobku ma już trzy książki – „Wilk” (2006), „Wilczyca” (2009) i wydaną w tym roku powieść „Ja, Diablica”, której poświęcona będzie ta recenzja. 

Powieść „Ja, Diablica” to dosyć ciekawa wariacja na temat piekła, do którego trafia główna bohaterka – Wiktoria Biankowska. Dziewczyna początkowo jest oszołomiona i nie może odnaleźć się w nowej sytuacji – jednego dnia żyje na ziemi, a następnego obcuje z siłami nieczystymi. Owe siły to demony i diabły, które pomagają jej stać się diablicą, targującą się o dusze ludzi, którzy w przeciwieństwie do niej, po śmierci mają jeszcze jakiś wybór.  Dziewczyna musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości, która z każdą chwilą zdaje się być mniej dziwaczna, niż na początku. Ba – piekło zaczyna jej się nawet podobać. 

Muszę przyznać, że podczas lektury niejednokrotnie zazdrościłam głównej bohaterce – nie ukrywam, że sama z miłą chęcią zastąpiłabym ją w roli diablicy. Myślę, że nie tylko ja… A wszystko przez autorkę powieści, która przedstawiła piekło w taki sposób, że chyba większość osób nie miałaby problemu z wyborem, gdyby przyszło im wybierać podczas targu o duszę miejsce, do którego chcą trafić po śmierci. Nie oszukujmy się – komu nie spodobałoby się miejsce, w którym można korzystać ze wszystkiego do woli, bez ryzyka utraty życia po raz drugi?  Kto nie chciałby trafić do Los Diablos? W ułamku sekundy moglibyśmy mieć, co tylko byśmy chcieli… Najlepsze ubrania, kosmetyki z górnej półki, płyty CD, z których można by było stworzyć sobie całkiem niezłą kolekcję… Najlepsze zostawiłam na koniec… Uwaga, uwaga – miliony książek i nieskończenie wiele czasu na ich czytanie! (Ach! Rozmarzyłam się…) A na dodatek można tam spotkać takie osobistości jak Kleopatra czy Napoleon, bądź inne sławy znane z kina i nie tylko. Było by miło – czyż nie? Zapewne do czasu, gdy zaczęlibyśmy tęsknić za tym, co utraciliśmy – tak, jak główna bohaterka, która wciąż wraca na ziemię, by spotkać się ze swoim ukochanym, który jeszcze nie wie o tym, że kocha się w nim sama diablica z piekła rodem…

Nie będę ukrywała, że książka Miszczuk to czytadło… Ale za to jakie czytadło! Autorka oddała w ręce czytelnika powieść, która powstała w wyniku połączenia tego, co najlepsze w gatunkach takich jak, fantastyka, romans, komedia i kryminał. Wszystko to sprawia, że książka „Ja, Diablica” to mieszanka wybuchowa, którą nie nudzi się ani przez chwilę. Dawno się tak nie uśmiałam. Dawno żadna książka tak mnie nie wciągnęła w swój świat. Nie często zdarza mi się sięgać po literaturę tego typu, co nie znaczy, że jej nie trawię. Jeśli książka jest napisana lekkim, przystępnym językiem, a do tego jest zabawna i oryginalna, nie mam żadnych skrupułów, żeby po nią sięgnąć i polecić innym. Jestem ciekawa czym autorka „Ja, Diablica” zaskoczy swoich czytelników w przyszłości – akcent kładę na słowo „czym”, bo co do tego, czy zaskoczy, nie mam wątpliwości.

środa, 3 listopada 2010

Raj na ziemi (Targi Książki)



Już jutro Targi Książki w Krakowie. Wybieram się - zmobilizowało mnie do tego zaproszenie wygrane w konkursie zorganizowanym przez portal www.nakanapie.pl. 

Mam wielki dylemat... Mam zaproszenie na  cztery dni i każdego coś interesującego. Ogromnie żałuję, że nie mieszkam w Krakowie. Poszukiwania noclegu nic nie dały, a przydałby się chociaż z soboty na niedzielę, bo bardzo pragnę tam być właśnie w te dwa dni. Niestety - chyba będę musiała wybrać - sobota, albo niedziela... Ech. Jak ja nie lubię wybierać. Bardziej skłaniam się ku sobocie, z racji organizowanego spotkania :) ale sama nie wiem, co z tego wszystkiego wyjdzie... Może zdarzy się cud :D spędzę cały weekend w Krakowie.

Zapraszam na stronę 14 Targów Książki, w celu zapoznania się z programem i atrakcjami. Dla każdego coś dobrego.

wtorek, 2 listopada 2010

Koniec niewinności (Megan Abbott - "Koniec wszystkiego")


 
Bohaterką książki „Koniec wszystkiego”, którą miałam okazję ostatnio przeczytać jest trzynastoletnia dziewczynka Lizzi. Jej najlepsza przyjaciółka ginie w niewyjaśnionych okolicznościach – jak się później okazuje, w tym samym czasie z miasta znika główny podejrzany, na którego wskazuje przyjaciółka zaginionej dziewczynki – Lizzi, która pomaga jak może w poszukiwaniach, w które zaangażowana jest cała masa ludzi. Każdy dzień przynosi kolejne istotne szczegóły… 

Dominującym elementem tej książki są przemyślenia głównej bohaterki dotyczące aktualnych wydarzeń – nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że myśli Lizzi wręcz wypływają z tej książki. Ich siłę i moc można poznać w pełni tylko wtedy, gdy w całości oddamy się lekturze. Muszę przyznać, że Lizzi ma wiele do powiedzenia, a jej przemyślenia oscylują wokół ludzi, z którymi wchodzi w nowe, nieznane dotąd relację i otoczenia, które z czasem staje się czymś innym, niż było dotychczas. W książce można się spotkać z różnego rodzaju przemyśleniami – od trafnych i nad wyraz dojrzałych spostrzeżeń, po naiwne nastoletnie wynurzenia, które miejscami mogły irytować i zniechęcać do dalszej lektury. Owa równowaga uzmysławia czytelnikowi, że chociaż Lizzi, która nagle znajduje się w centrum świata dorosłych, wciąż jest zagubioną trzynastolatką, która próbuje wszystkie wydarzenia zrozumieć po swojemu – co nie zawsze musi być dobre dla prowadzonego właśnie śledztwa. 

Perspektywa wykorzystana w powieści nie jest niczym nowym, ani odkrywczym – nie pierwszy i nie ostatni raz bohaterką i narratorką powieści, jest nastolatka, która staje twarzą w twarz z problemami dorosłych. Z podobną historią spotkałam się w książce „Co widziały wrony”, która podobała mi się dużo bardziej, niż historia Abbott. Ostatnimi czasy niewiele jest książek, które mnie powalają na kolana, odbierają oddech i zachwycają do granic możliwości -  częściej mam do czynienia z książkami, które nie wnoszą nic do mojego życia, bądź światopoglądu. Książka Abbott niestety nie zachwyciła mnie – być może dlatego, że sięgając po nią spodziewałam się mrożącego krew w żyłach kryminału, albo chociaż trzymającego w napięciu thrillera, a tymczasem dostałam powieść, w której główny akcent położony był na psychologiczny aspekt dojrzewania. Mogło być dużo lepiej.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Pop - up books...

czyli trójwymiarowe rozkładane książki. Coś niesamowitego! 

Alicja w Krainie Czarów 








Czarnoksiężnik z Krainy Oz




Mały Książe




Piotruś Pan




Kopciuszek

niedziela, 31 października 2010

Książkowe domino

Po weekendzie ruszam z kolejnymi recenzjami, a tymczasem prezentuję Wam takie oto wideo znalezione w sieci.

czwartek, 28 października 2010

Wystrzałowe opowieści dla dzieci (Conn Iggulden "Toliny")


Rzadko kiedy sięgam po bajki i książki dla młodzieży - wyjątkiem był Mikołajek i Muminki – książki, które wprost ubóstwiam. Z tego co zauważyłam, to rodzice nie mogą narzekać na wybór w przypadku książek dla najmłodszych. Półki uginają się od nieskończonej wprost ilości kolorowych książeczek. Domyślam się, że odpowiedni wybór jest nie lada wyzwaniem. Nie ukrywam, że często zwracam uwagę na szatę graficzną książki i jej formę wydania – w przypadku książek ilustrowanych, skierowanych dla dzieci jest to prawdopodobnie główne kryterium wyboru (zaraz po treści danej książeczki). Dziecko trzeba zainteresować książką, a chyba nie ma lepszego wabika niż kolorowe obrazki i piękne ilustracje przyciągające wzrok. Jeśli dojdzie do tego jakaś ciekawa i oryginalna postać, jak np. duszek czy elf – sukces gwarantowany. 

Świetne ilustracje, ciekawą historię i oryginalne postaci można odnaleźć w książce „Toliny”, której autorem jest Conn Iggulden. 




Nie orientuję się za dobrze w ostatnich publikacjach skierowanych do dzieci i młodzieży, więc nie mam porównania, ale jeśli miałabym spojrzeć na tę książkę przez pryzmat tego, z czym miałam do czynienia w dzieciństwie, to muszę przyznać, że książka „Toliny” odbiega nieco od tego, co czytałam będąc dzieckiem, bądź co czytali mi moi rodzice, którzy stawiali na bardziej tradycyjne i klasyczne lektury, takie jak „Pinokio”, „Calineczka” czy „Królowa śniegu” – były to przeważnie baśnie i legendy, bądź bajki, których wydarzenia rozgrywały się w bardziej realistycznym świecie. 

„Toliny” z kolei opisują losy prawie niezauważalnych stworków mieszkających w Szerłudkowie podobnych do leśnych duszków, ale nieco większych. Bohaterowie książki Iggulden’a nie mogą kontaktować się z ludźmi – pech chciał, że jeden z Tolinów musiał złamać obowiązujące prawo, by ratować siebie i swoich bliskich. Muszę przyznać, że jak na książkę dla dzieci, to porusza ona dosyć istotne problemy – na dodatek została napisana w łatwy i przystępny sposób, co widać w przypadku kwestii, które w pewien sposób mogą zainteresować dziecko nauką i eksperymentami - Toliny próbują wcielić w życie pomysły ludzi (np. konstruując pompę do usunięcia wody z ich groty, bądź budując latający balon). 

Biorąc pod uwagę formę wydania (twarda czerwona okładka, całe mnóstwo kolorowych ilustracji) zapewne ściągnęłabym ją z półki będąc dzieckiem… Muszę przyznać, że całkiem fajnie było przenieść się do baśniowego świata. 

poniedziałek, 25 października 2010

W potrzasku (Jakub Żulczyk "Instytut")



Trafić na dobry horror i trzymającą w napięciu książkę, jest dzisiaj jak na moje oko, dosyć trudno – pomysły mało kiedy są niepowtarzalne, oryginalne i zaskakujące. Nawet mistrzowie gatunku muszą się nieźle nagimnastykować, żeby nie powielać samego siebie… Dosyć popularnym pomysłem jest zamykanie kilku osób w jednym mieszkaniu, bądź specjalnie skonstruowanym pomieszczeniu, które w jednym momencie staje się dla głównym bohaterów niejako pułapką, z której próbują się wydostać. Przykłady mnożą się – zwłaszcza, jeśli chodzi o film. Motyw ten pojawił się m.in. w filmie „Cube”, „Azyl” „Klątwa”. W przypadku literatury, można wymienić książkę Zygmunta Miłoszewskiego „Domofon” i wydany ostatnio „Instytut”, którego autorem jest Jakub Żulczyk.  


Nie trudno się domyślić, dlaczego właśnie ten motyw jest tak często wykorzystywany przez autorów – zamknięcie kilku osób w jednym pomieszczeniu, bądź mieszkaniu, sprawia, że odbiorca ma do czynienia z całym wachlarzem emocji i zachowań (często irracjonalnych), które bardzo często w ekstremalnych warunkach ujawniają się i dochodzą do głosu, biorąc górę nad logicznym i racjonalnym myśleniem. Nie inaczej jest w przypadku książki Jakuba Żulczyka – „Instytut”. Powieść opowiada historię Agnieszki, która po wielu perypetiach życiowych trafia do Krakowa, gdzie czeka na nią mieszkanie przepisane przez jej babcię. Mieszkanie Agnieszki jest bardzo chętnie odwiedzane przez jej znajomych do czasu, aż pewnego dnia lokatorzy nie mogą opuścić mieszkania, które staje się ich więzieniem. Incydent, który z początku wydaje się być głupim żartem, okazuje się być koszmarem, z którego niezwykle trudno jest się obudzić. 

„Instytut” to trzecia powieść w dorobku Jakuba Żulczyka. Książka ta znacząco różni się od opublikowanych wcześniej powieści („Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości” oraz „Radio Armagedon”). Tym razem pisarz pretenduje do miana autora horroru. Muszę przyznać, że chyba mu się to w niewielkim stopniu udało… Było odpowiednie napięcie, była groza i intryga. Były też „momenty” porażające i wstrząsające, za które Żulczykowi dziękujemy. Przez całą lekturę nie opuszczało mnie wrażenie filmowości tej książki – byłoby to ogromnym plusem tej powieści, gdyby nie fakt, że ta filmowość brała się z zapamiętanych przeze mnie obrazów widzianych już wcześniej w różnych filmach, które wymieniłam na początku. Śmiem twierdzić, że autor posiłkował się tymi obrazami pisząc „Instytut” – musiał widzieć wcześniej przynajmniej jeden z filmów, bo podobieństwa widoczne są gołym okiem. 

Książkę Żulczyka byłabym skłonna uznać za bardzo dobrą, gdyby nie fakt, że wszystko, co autor tak misternie kreował przez całą powieść, nagle legło w gryzach i rozsypało się na pył. A przecież było tak dobrze… Do czasu, aż na horyzoncie zaczęło majaczyć zakończenie – dosyć kiepskie, jak na kandydata do miana polskiego Stephena Kinga, który zamiast wymyślić coś nowego i zaskakującego, poszedł na skróty, wybierając łatwiznę. Z tego co widzę, nie jestem osamotniona w swoich spostrzeżeniach - wierzę jednak, że znajdą się osoby, którym takie zakończenie się spodoba. Mam nadzieję, że Jakub Żulczyk w swojej kolejnej powieści zaskoczy mnie czymś oryginalnym. Kto wie - może nawet w niedalekiej przyszłości?

niedziela, 24 października 2010

Książkowe zdobycze

Najnowszy stosik w całej okazałości - wszystkie książki pochodzą od Wydawnictw, z którymi współpracuję. Zdjęcie można powiększyć




Zdobycze konkursowe


Gordon Ramsay - Szef kuchni na każdą porę roku, książka wygrana w konkursie Kuchnia.tv

Becca Fitzpatrick - Szeptem, książka wygrana w konkursie Wydawnictwa Otwarte

Czekam jeszcze na książkę "Ja, Diablica" (Katarzyna Berenika Miszczuk) wygraną w konkursie Wydawnictwa W.A.B.

Udało mi się też wygrać dwie książki w konkursie organizowanym przez portal www.nakanapie.pl, za zgłoszenie numer 113. Niestety - książki nie przypadły mi do gustu - wojna secesyjna i opowieści dla dzieci autorstwa M. Twain'a to niezupełnie to, co lubię, dlatego też, książki zostały oddane do Miejskiej Biblioteki w moim mieście.

sobota, 23 października 2010

Gdy demony z przeszłości nie dają za wygraną (Dmitrij Strelnikoff "Wyspa")

Często jest tak, że gdy trafiamy na ciekawą i interesującą książkę, chcemy z nią obcować jak najdłużej – najlepiej by było, gdyby miała kilkaset stron… Czujemy niedosyt, gdy kończy się ona w najmniej odpowiednim momencie. Czasem jest tak, że gruba książka nudzi nas już na samym początku, albo gdzieś w połowie, a gdy uda nam się dobrnąć do końca, stwierdzam, że mogłaby być krótsza – najchętniej wyrzucilibyśmy te wszystkie zbędne i nikomu nie potrzebne opisy, które sprawiają, że jest przegadana i nudna. Innym razem trafiamy na książkę, która jest w sam raz – nie jest przegadana, zawiera w sobie odpowiedni ładunek emocji, a na dodatek kończy się w odpowiednim momencie – nie za wcześnie, nie za późno, dając nam satysfakcję z lektury. Taką książką bez wątpienia jest „Wyspa”, której autorem jest rosyjski pisarz Dmitrij Strelnikoff. 



Dmitrij Strelnikoff to rosyjski pisarz, biolog i dziennikarz – pisząc swoje książki, posługuje się językiem rosyjskim, chociaż od kilku lat mieszka w Polsce, a dokładnie w Warszawie. Na swoim koncie pisarz ma kilka powieści, tomiki wierszy. „Wyspa” to ostatnia powieść Strelnikoffa - 116 stron, które nie dają o sobie zapomnieć – wszystko za sprawą historii, której głównym bohaterem jest pewien mężczyzna odbywający podróż do miejsca ze zdjęcia odnalezionego w rodzinnym archiwum. Aby się tam dostać, musi odbyć podróż środkiem transportu, za którym nigdy nie przepadał, a mianowicie pociągiem. Tak się składa, że jego współpasażerką jest kobieta, która w przeszłości odegrała w jego życiu znaczącą rolę. 

„Wyspa” to bardzo dobra powieść, w której jawa i sen raz po raz przeplatają się ze sobą, dzięki czemu czytelnik zatraca granicę pomiędzy tym co prawdziwe, a tym co nierealne. Bohater książki udaje się w podróż w poszukiwaniu sensu istnienia i własnej tożsamości – to wewnętrzny głos skłania go do odbycia podróży w miejsce, w którym już kiedyś się znalazł. Jego decyzja może mieć ogromny wpływ na nas, czytelników – podczas lektury tej mini powieści niezwykle trudno jest się uwolnić od własnych demonów bądź wspomnień, które nagle ożywają w naszej pamięci. 

Czytając „Wyspę” miałam wrażenie, że oglądam film… Myślę, że to dlatego, że Dmitrij Strelnikoff świetnie dawkuje napięcie, dzięki czemu jego książka przypomina idealnie skonstruowany thriller psychologiczny.  Podczas lektury „Wyspy” nie opuszczało mnie wrażenie, że gdzieś już z podobnym nastrojem i atmosferą się spotkałam – klimat książki Strelnikoffa przypomina mi to, co można odnaleźć w filmach Kubrick’a, np. w Lśnieniu, co jest ogromnym plusem tej książki. Ciągła obecność czegoś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć, nie pozwala oderwać się od tej książki – nie tylko do ostatniej strony, ale jeszcze długo po zakończonej lekturze.

piątek, 22 października 2010

Literadar i Archipelag

W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej magazynów poświęconych literaturze, w których można znaleźć wiele recenzji, wywiadów i artykułów, które warto przeczytać pomiędzy jedną i drugą pasjonującą książką. W większości są to wersje elektroniczne, chociaż wersje papierowe też można jeszcze spotkać na rynku (o czym pisała Matylda na swoim blogu). Magazyn Archipelag, który spotkał się jakiś czas temu z bardzo dobrym przyjęciem, doczekał się kolejnego, drugiego już numeru. Serdecznie gratuluję wytrwałości wszystkim twórcom i osobom związanym z tym magazynem. Muszę przyznać, że jestem pełna podziwu - liczę na kolejne numery. Mam nadzieję, że będą jeszcze ciekawsze od poprzednich :)


Spis treści drugiego numeru:

 

W ostatnim czasie  wystartował też Literadar - magazyn przygotowany przez BiblioNETkę. W porównaniu do magazynu Archipelag wypada blado - znajdziemy w nim wiele krótkich bądź dłuższych recenzji, jeden wywiad, fragment powieści i artykuł poświęcony czytnikowi elektronicznemu. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie więcej typowych artykułów. Poniżej prezentuję kilka screenów ukazujących wygląd i zawartość.








Magazyn można znaleźć tutaj.

czwartek, 21 października 2010

Na końcu świata... (Tomek Michniewicz "Samsara")


Jest taka książka, którą czyta się jednym tchem, od której trudno się oderwać. Jest taka książka, która sprawia, że to co obok, przestaje istnieć – pierwsze zdanie przenosi nas momentalnie do innego świata, w którym zostajemy na długo po skończonej lekturze. O czym mowa? O „Samsarze”. 




Autorem tej książki jest Tomek Michniewicz – człowiek do zadań specjalnych. Jego pasją jest dziennikarstwo i fotografia i zwiedzanie świata na własną rękę. Publikował w wielu poczytnych magazynach i tygodnikach, takich jak  „Polityka”, „Podróże”, „Playboy”. Chociaż ma dopiero 28 lat, odwiedził już ponad 30 krajów. „Samsara. Na drogach, których nie ma” jest jego debiutem literackim – bardzo udanym, jak na moje oko. 

Gdy przystępowałam do czytania, nie zdawałam sobie sprawy, że będę miała problemy ze znalezieniem odpowiedzi na pytanie „O czym jest ta książka?”. Myślałam, że książka Michniewicza będzie jeszcze jedną książką podróżniczą, którą miałam okazję dotąd czytać. Dziś wiem, jak bardzo się myliłam… W swojej książce Michniewicz zabiera nas w miejsca, których nie można zobaczyć podróżując z biurem turystycznym. Podróżując „po drogach, których nie ma”, pokazuje nam świat, który znajduje się obok uczęszczanych i utartych szlaków. Michniewicz rezygnuje z nich wybierając drogę w nieznane, wielką niewiadomą, oferującą dużo więcej atrakcji i adrenaliny, niż to, co pokazują przewodnicy. 

Wielkim atutem tej książki jest jej styl – Tomek Michniewicz potrafi doskonale operować słowem. To jego plastyczne opisy i żywe dialogi dają nam złudzenie uczestnictwa w tym, co zostało opisane. W jednej chwili przenosimy się do miejsc, w których był autor „Samsary”. Michniewicz potrafi zaczarować i zahipnotyzować czytelnika swoimi opowieściami, dzięki czemu dla wielu osób podróż do Azji to tylko kwestia czasu i załatwienia niezbędnych formalności. Kolejnym smaczkiem tej książki są niezwykłe fotografie, której autorem jest nie kto inny jak Tomek Michniewicz. To właśnie fotografie w połączeniu z opisem niesamowitych miejsc, które miał okazję odwiedzić autor, działają na czytelnika niczym magnes, przyciągający do tego, co nieznane i tajemnicze, ale nie tylko. Podróż, w którą zabiera nas Michniewicz, to również podróż w głąb samego siebie – poznanie własnych słabości i próba pokonania ich, a także próba odnalezienia odwagi wobec tego, co czeka na drugim końcu świata, z czym często mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy staniemy z tym twarzą w twarz. Nie jest ważny cel – ważna jest sama podróż i chęć jej odbycia, o czym pisze autor na końcu swojej książki: 

„Nieważne dokąd jedziesz i po co, ważne, że masz odwagę jechać. Ja nie podróżuję, żeby się wspiąć na jakąś górę. Ja podróżuję dla tych tysięcy drobnostek, o których czytaliście. Moje góry to każdy kolejny kilometr stopem, talerz zupy z pędami bambusa albo ruiny świątyń. Nawet każda niedospana noc albo zapchlony hotel w miasteczku, do którego nikt nie jeździ, jeśli nie musi. Moim szczytem do zdobycia  jest przeżycie każdego dnia tak, aby go pamiętać do końca życia”[1].

 [1] T. Michniewicz, Samsara. Na drogach, których nie ma, Wydawnictwo Otwarte, 2010, str. 326

Książkę promował filmik, który już kiedyś tutaj zamieszczałam. Nie zaszkodzi przypomnieć i umieścić jeszcze raz, bo został naprawdę świetnie zrobiony:




I jeszcze jeden filmik, pokazujący ruch uliczny w Azji:

środa, 20 października 2010

"Sto tysięcy miliardów wierszy" - Raymond Queneau




Ciekawi mnie, czy mieliście do czynienia z tą książką i co o niej sądzicie... Czytałam o niej już jakiś czas temu, ale nigdy nie miałam okazji, żeby samej stworzyć jakiś wiersz z proponowanych wersów. 

Źródło: YT


"Sto tysięcy miliardów wierszy to kolejna – po Nieszczęsnych B. S. Johnsona – pozycja w serii „Liberatura”. Jej otwarta struktura zaprasza wszystkich czytelników do zabawy we współtworzenie dzieła literackiego o niespotykanych dotąd rozmiarach. Książka ta jest bowiem jedną z najważniejszych pozycji w dorobku grupy OuLiPo, łączącej w swych działaniach matematykę z literaturą. Oryginalna budowa prezentowanej książki oraz rygorystyczna wersyfikacja pozwalają na przekształcenie zaledwie dziesięciu sonetów w „machinę do produkcji wierszy”: gigantyczny tekst, którego czytanie zajęłoby jednemu człowiekowi dwieście milionów lat! Mamy więc do czynienia z dziełem o niewyczerpanej niemal zdolności generowania coraz to nowych sensów. Utwór ten daje znakomite wyobrażenie o potencjale tkwiącym zarówno w kombinatorycznych strategiach OuLiPo, jak i w przełamującej wszelkie konwencje edytorskie poetyce liberatury. Tom w brawurowym przekładzie Jana Gondowicza".

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...