czwartek, 8 marca 2012

Mit talentu obalony! (Artur Król - "Talent nie istnieje")

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd bierze się talent? Jeśli tak, ciekawe do jakich wniosków doszliście… Jeśli nie, to już nie musicie – zrobił to za Was Artur Król w swojej najnowszej książce „Talent nie istnieje”. 

Artur Król – psycholog, trener i coach, którego specjalnością jest  trenowanie pewności siebie, w swojej najnowszej publikacji skupił swoją uwagę na ludzkich predyspozycjach, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego jak talent w ogóle istnieje. Wnioski do jakich doszedł  w swojej publikacji okazały się dość zaskakujące.

Książka „Talent nie istnieje" obala mit mówiący o tym, że to „iskra boża” czy też talent odpowiedzialne są za nasze nadzwyczajne właściwości i mistrzowski poziom, z jakim można spotkać się u wielu osób u progu kariery. Wiele osób jednak nie dopuszcza do siebie myśli, że za słowem „talent” swoi ciężka praca, systematyczność i ćwiczenia wpływające na nasz rozwój – w szczególności naszych predyspozycji. Artur Król  uzmysławia czytelnikom, że w gruncie rzeczy każdy z nas ma realne szanse na osiągnięcie zamierzonego celu w wielu dziedzinach i na wielu płaszczyznach. Nie jest to łatwe, bowiem mit talentu jest silnie zakorzeniony w naszej kulturze, a na dodatek często poprawia naszą samoocenę. Psycholog obala obecny w naszej świadomości mit podkreślając, że talent nie jest czymś, co brało się tylko i wyłącznie z naszych wrodzonych zdolności.

Talent jest wynikiem wytrwałej pracy, podjętych decyzji i wysiłku, jaki każdy z nas  powinien podjąć w swoim życiu, jeśli chce zrealizować swój plan. Artur Król uświadamia nam, że widząc czyjeś dzieło, niejednokrotnie na usta cisną nam się wówczas słowa „Masz talent!". Prawda jest taka, że widzimy jedynie efekt końcowy – nie mamy okazji przyjrzeć się pracy, jaka została włożona w to, co ostatecznie jawi nam się jako coś wyjątkowego – w gruncie rzeczy, stoi za tym coś więcej, niż tylko talent. I gdyby w tym momencie rozległ się głośny protest: „A co z osobami, które mają talent do rysowania, bądź obliczeń i nie są im potrzebne żadne ćwiczenia?”, Artur Król sprytnie odbiłby piłeczkę stwierdzając, że osoby te to tzw. „genialni idioci”, którzy swoje zdolności zawdzięczają nieprawidłowemu funkcjonowaniu mózgu, który im na to pozwala. Dość kontrowersyjny, aczkolwiek ugruntowany w badaniach pogląd, z którym czytelnikowi trudno dyskutować…

Artur Król poprzez książkę „Talent nie istnieje”, próbuje zmienić nasz przekonania – jednym z jego sposobów jest uzmysłowienie nam, że istnieje coś takiego jak „celowe ćwiczenie" i reguła 10 000 godzin treningu, który każdy, kto chciałby kiedykolwiek zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, powinien przebyć, bowiem to trening, a nie ukryte zdolności czynią nas mistrzem. Początkowo ciężko uwierzyć w to, co pisze autor – z każdym jego argumentem wątpliwości czytelnika zostają rozwiane… Psycholog niejednokrotnie powołuje się na znane autorytety naukowców takich jak Thomas Edison., czy Kevin Anders Erricson, który to badał mechanizmy ludzkiej pamięci i jej rozwój. Artur Król jest zdania, że każdą umiejętność da się wyćwiczyć i rozwinąć podobnie jak naszą pamięć – wystarczy tylko podjąć wyzwanie, które w końcu doprowadzi nas na szczyt.

Trzeba przyznać, że autor książki podjął się niezwykle trudnego zadania… Jego przemyślanie spotkały się z krytyką – jego słowa obalające mit talentu wywołały sporą dyskusję, zwłaszcza w środowisku trenerów. Lektura tej książki daje do myślenia, a jej autor analizuje pojęcie „talentu”, skupiając się na tym, skąd się wziął, dlaczego mamy o nim takie, a nie inne mniemanie, jak wpływa na nas i naszą drogę do osobistego rozwoju. Warto zaznaczyć, że książka ta skierowana jest właściwie dla wszystkich – zarówno dla osób, które same chcą popracować nad swoim rozwojem, a także osób, które wskazują innym drogę i pomagają im osiągnąć sukces. Wielkim atutem tej pozycją są przydatne ćwiczenia, które można wykonać podczas lektury, lub po jej skończeniu – w zależności od czasu, jakim aktualnie dysponujemy. Polecam  z czystym sumieniem - publikacji, która wniesie do naszego życia coś cennego i na dodatek poszerzy nasze horyzonty nigdy za wiele.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Konkurs z przygodą w tle



Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest książka "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Książkę ufundowało wydawnictwo Świat Książki.


O książce:

„Szwedzki Forrest Gump”! Setne urodziny, huczna impreza w domu spokojnej starości i Allan, jubilat, który wyskakuje przez okno. Mężczyzna rusza w ostatnią życiową podróż. Na dworcu staje się właścicielem pewnej walizki i od tej pory zostaje poszukiwanym. Przemierza Szwecję, zdobywa przyjaciół i ukrywa się przed prokuraturą, która z czasem chce go oskarżyć o potrójne morderstwo. Snuje także opowieść o swojej przeszłości – okazuje się, że jego stuletnie życie było równie absurdalne, co sama ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości. Ta książka to także podróż przez XX w. Allan powiada, jak jadł kolację z Trumanem, leciał samolotem z Churchilem, pił wódkę ze Stalinem...



Aby wziąć udział w losowaniu należy opisać przygodę Waszych marzeń.

Na odpowiedzi czekam do soboty,  (25. 02.2012) do godz. 20.00

Osoby anonimowe proszę o pozostawienie pod wpisem adresu e-mail.

Powodzenia :-)



---------------------------------------------------------------------------------------------

Edit: 

Konkurs wygrywa Ula (ula.sledzinska@gmail.com) Dziękuję wszystkim za udział :) Niebawem kolejny konkurs. 

sobota, 18 lutego 2012

Andrzej Wajda - Rysunki z całego życia

„Rysunki z całego życia” to niesamowita książka, która stanowi zbiór prac pochodzących z ogromnego dorobku znakomitego reżysera Andrzej Wajdy. Książkę tę podzielono na kilka rozdziałów tematycznych, do których przydzielono poszczególne prace. I tak oto mamy rozdziały takie jak ”Znajome twarze” ukazujący osoby znane i cenione przez artystę, a także osoby anonimowe, spotkane przypadkiem. Każda praca opatrzona jest komentarzem mówiącym o tym gdzie dana osoba została poznana lub spotkana. 


Rozdział drugi to „Rysunki do filmów”, czyli szkice, jakie reżyser tworzył podczas realizacji swoich filmów. Znajdują się tutaj twarze, scenerie i sylwetki postaci, które dopiero miały zostać powołane do życia, a także miejsca, które reżyser chciał widzieć w swoich filmach. Jest to niejako film na papierze, tudzież pojedyncze ujęcia, które mają ułatwić pracę samemu reżyserowi. 


W kolejnym rozdziale zobaczyć można rysunki tworzone na potrzeby teatru. Zarówno o rysunkach tworzonych na potrzeby filmu i teatru Wajda pisze tak: 


„W ogromnej większości pozostawały one wyłącznie moją tajemnicą, zawartą w licznych notatkach i zapiskach, gdzie przeplatają się pomysły aktualnych oraz projektowanych prac reżysera. Nie są to projekty kostiumów czy dekoracji. To praca wyobraźni, droga do uświadomienia sobie tego, co pragnę ukazać widzowi. Może dlatego rysunki te pozostają przeważnie tylko w mojej pamięci do czasu, kiedy przystępuję już do pracy z aktorami na scenie lub planie filmowym. Rozpoczynam rysowanie zazwyczaj na długo przed planowaną pracą reżyserską, a porzucam je, kiedy rzeczywistość sceny lub ekranu zaczyna kształtować się na ich podobieństwo, ale rzadko kiedy dosłownie według tego, co wcześniej narysowałem” [1]


Rozdział czwarty to przede wszystkim wizje reżysera, których nie zdołał powołać do życia. Pomysły, które pojawiały się w trakcie pracy – sugestie i wizje, które nigdy nie zostały zrealizowane w formie filmu czy spektaklu. 


Andrzej Wajda to świetny obserwator, co pokazuje nam kolejny rozdział „Byłem, zobaczyłem”. W tej części książki czytelnik znajdzie rysunki ukazujące m.in. widok z okna w Paryżu, pałacowe wnętrze, czy szkice ludzi odwiedzających muzea, ale nie tylko… To również rysunki ukazujące nasze rodzime sady, parki, blokowiska, sanktuaria. 


Zwierzęta domowe to obiekty uchwycone na pracach zebranych w rozdziale „Domowe zwierzęta”. Rozdział ten nie wzbudza takiego zainteresowania, jak ostatnia część książki, która jest zbiorem prac stanowiących ukłon w stronę Japonii, a zarazem próbę uchwycenia jej ulotnego piękna.

Warto przytoczyć słowa reżysera, którego zachwyt nad tym krajem jest idealnym komentarzem do wszystkich prac zebranych w tym rozdziale:

„Te kilkadziesiąt wybranych rysunków przenosi nas w świat dawnej Japonii, jej świątyń, ceremonii, ogrodów cesarskich i teatru. Śledziłem głównie tak odrębne, tak inne szczegóły od naszych […] Wszystko to narysowane w pośpiechu z natury w czasie zwiedzania, z jednym tylko zamiarem, aby uchwycić istotę uciekającego sprzed oczu piękna…” [2]

Rozdział poświęcony Japonii to chyba zbiór najciekawszych rysunków. Doskonale pokazuje sztukę i umiejętność obserwacji, jaką obdarzony został Andrzej Wajda. Zresztą cała ta książka jest tego dowodem… Rysunek stał się dla reżysera głównym sposobem na utrwalenie tego, co widoczne w danym momencie, ale także sposobem na ożywienie swoich myśli i wizji poprzez przelanie ich na papier za pomocą różnych narzędzi plastycznych, co pokazuje, że Andrzej Wajda tworząc, nie ograniczał się w żaden sposób. 


Książka ta to prawdziwe cacko, które warto mieć w swojej kolekcji, o ile lubi się tego typu formę sztuki, jaką jest rysunek. Duży format i dobrej jakości papier kredowy potęgują wrażenia płynące z obcowania z tym albumem.

[1] Rysunki z całego życia, Andrzej Wajda, Warszawa 2011, s. 103
[2] Tamże, s. 229

piątek, 10 lutego 2012

W świecie niekończącego się absurdu (Jeremy Clarkson "Świat według Clarksona. Część 4. W czym roblem?"

Jeremy Clarkson zawsze jawił mi się jako typowy gość od samochodów. Jako, że ja nie przepadam za motoryzacją, unikałam go jak ognia. Do czasu, aż ktoś polecił mi książkę „Na litość boską”. Przeczytałam kilka tekstów znajdujących się w tej książce i … Wpadłam po uszy. Spodobał mi się humor, styl i sposób wyrażania myśli przez prezentera jednego z bardziej znanych programów telewizyjnych poświęconych motoryzacji, a mianowicie Top Gear.

Ostatnia książka prezentera Top Gear nosi podtytuł „W czym problem” i stanowi czwartą już częścią serii „Świat według Clarksona”. Książka ta to 84 felietony i ponad 400 stron ciętego humoru, ironii i frustracji, które czyta się z wielką przyjemnością… Najsławniejszy dziennikarz motoryzacyjny nie skupia się w swoich tekstach na motoryzacji, a na sprawach życia codziennego. Po raz kolejny dziennikarz obiera sobie za główny cel ekologów, polityków i służbę zdrowia. Niejednokrotnie obiektem ataków staje się on sam, co świadczy o dużym dystansie jakim charakteryzuje się Clarkson. Jego cięty jak brzytwa język tylko pomaga mu obnażyć absurdy rzeczywistości i aspekty życia we współczesnej cywilizacji. 


Clarkson rozbawia do łez, o czym czytelnik ma okazję  niejednokrotnie się przekonać. Ale humor to nie wszystko, bo obok zabawnych komentarzy, znajduje się też miejsce na przemyślenia, które zmuszają do zastanowienia się nad wszystkim tym, co dotąd nie zaprzątało naszego umysłu dostatecznie, a co prezenter Top Gear bezlitośnie obnażył przed nami, zrywają klapki tkwiące na naszych oczach. Jego słowa nie tylko mają bawić – mają przede wszystkim ukazać bolączki autora, jego bliskich, i niejednokrotnie nas samych. Clarkson mówi głośno o tym, o czym wiele osób boi się nawet pomyśleć. I chociaż momentami może się wydawać, że mamy do czynienia z satyrykiem, który nie robi nic poza wyśmiewaniem się ze wszystkiego, to w gruncie rzeczy w jego wypowiedziach kryje się sporo racji, nie pozbawionych sensu – racji podszytych lękiem o życie w świecie, w którym na każdym kroku spotkać się można z absurdalnymi rozwiązaniami, które odbierają wszelką radość i zakazami, nie pozwalającymi na wykorzystanie w pełni wolności przysługującej każdemu z nas.

Po raz kolejny autor felietonów dzieli się ze swoimi czytelnikami zaskakującymi obserwacjami i spostrzeżeniami, przy czym trzeba zaznaczyć, że Jeremy Clarkson ani przez chwilę nie boi się ostrej krytyki. I to jest chyba to, co tak przyciągnęło mnie (i zapewne nie tylko mnie) do jego – szczerość i brak zahamować w ujawnianiu szerszej publiczności swojego krytycznego zdania. Prezenter Top Gear to tak specyficzna osoba, że można go kochać, albo nienawidzić… Jedno jest pewne – nie można obok niego przejść obojętnie.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Gdy otworzą się bramy ciemności (Jakub żulczyk "Świątynia")

I oto stało się! W ręce czytelnika trafiła książka „Świątynia”, której autorem jest Jakub Żulczyk, a która to stanowi kontynuacja powieści „Zmorojewo”. Autor po raz kolejny pokazał,  jak dobrze czuje się pisząc powieść fantastyczną.

Udała się Żulczykowi kontynuacja, oj udała… Sięgając po tę książkę myślałam, że na tomie drugim cała ta historia się skończy. Koniec powieści przyniósł jednak miłe zaskoczenie. Jak się okazało to nie koniec przygód Tytusa Grójeckiego i Anki Waszczuk, którzy po raz kolejny musieli się zmierzyć z siłami zła.

Kolejne zaskoczenie spotyka czytelnika w chwili, gdy akcja powieści nabiera tempa… Książka wciąga od samego początku, ale w przeciwieństwie do pierwszej części, która miała swoją premierę w styczniu zeszłego roku, książka nieco się ciągnie. Jakby autor nie mógł się zdecydować, za którą strunę szarpnąć. Jest napięcie i pewność, że prędzej czy później wydarzy się coś złego. I właśnie ten moment zdaje się być odwleczony w nieskończoność. Na całe szczęście moment ten w końcu nadchodzi. W jednej chwili życie bohaterów komplikuje się dostarczając czytelnikowi emocji, które nie pozwalają na odłożenie książki na bok. Dużym plusem tej powieści jest możliwość czytania jej bez znajomości poprzedniego tomu – wątki nawiązujące do poprzedniej części zostały zgrabnie wplecione tekst „Świątyni”. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto jest odbiorcą tej książki – dorośli z pewnością nie będą nią rozczarowani, a młodzież świetnie będzie się bawiła pochłaniając kolejne rozdziały historii trzymającej w napięciu.

Bałam się, czy Żulczyk aby na pewno podoła ciążącemu na nim zadaniu, bo różnie to bywa z seriali bądź trylogiami. Ale muszę przyznać, że autor naprawdę się postarał! Przede wszystkim skupił się na ukazaniu bohaterów reprezentujących ciemność, jak i samego zła. Ciemność, z którą przychodzi się zmierzyć głównym bohaterom przeraża i wywołuje gęsią skórkę. Aż strach pomyśleć, z czym będziemy mieli do czynienia w kolejny tomie. Aż strach pomyśleć, ile trzeba będzie na niego czekać!

 Jakub Żulczyk wciąż zaskakuje  jako pisarz – po raz kolejny nabrałam ochoty, żeby sięgnąć po inne jego książki.

niedziela, 29 stycznia 2012

Edward Gorey i jego osobliwy świat (Edward Gorey - "Osobliwy gość i inne utwory")

Książka „Osobliwy gość i inne utwory”, której autorem jest amerykański ilustrator i rysownik Edward Gorey,  przykuwa uwagę nie tylko ze względu okładkę w kolorze intensywnej fuksji, ale również dzięki urokliwej ilustracji. To właśnie ona podpowiada nam, że będziemy mieli do czynienia z książką inną niż wszystkie. 


Michał Rusinek we wstępnie zaznaczył, że Edward Gorey to nie tylko ilustrator, ale również pisarz balansujący między surrealizmem a makabrą, przeplataną purnonsense, będącym niczym innym jak tylko czystym nonsensem, żartem, bądź dowcipem, w którym mamy do czynienia z efektem komicznym wywołanym przez nielogiczne zestawienie czegoś z sobą.  W książce „Osobliwy gość i inne utwory” udaje nam się poznać Gorey’a bardziej jako ilustratora niż autora zgrabnie operującego słowem, chociaż w swoich dziełach łączy elementy werbalne i wizualne, które okrasza solidną dawką czarnego humoru. 


Dziwna jest ta książka, oj dziwna… Mroczna i makabryczna, a zarazem absurdalna i zabawna. Krótkie podpisy znajdujące się pod ilustracjami, które są niezwykle klimatyczne i dopracowane, można traktować jako swoistego rodzaju komentarze dopełniające całość. Nie wyobrażam sobie, żeby owe ilustracje były ich pozbawione… To w ilustracjach tkwi siła, ale to słowa zapisane pod spodem sprawiają, że mają jeszcze większy wydźwięk. 


Michał Rusinek napisał we wstępie, że książki Gorey’a są tylko z pozoru atrakcyjne dla dzieci – w rzeczywistości, to nie dzieci są ich odbiorami… Gorey to autor wykorzystujący w swoich utworach makabrę i czarny humor – lepiej, żeby jego książki nie trafiły w ręce dzieciaków, zwłaszcza, że w utworze „Cmentarzyk” to właśnie dzieci stają się ofiarami wyszukanych morderstw. 


Trudno uwierzyć, że Gorey ma na swoim koncie ponad sto książek. W zbiorze „Osobliwy gość i inne utwory” znalazło się zaledwie osiem utworów, które łączą w sobie zamiłowanie autora do alfabetyczności. 


Edward Gorey jest chyba bardziej osobliwy, niż bohater, który otrzymał od autora takie miano… Liczę na to, że w niedalekiej przyszłości kolejne jego utwory ukażą się na naszym rynku, bo dzięki niemu nuda czmycha w najdalszy kąt pokoju.

środa, 18 stycznia 2012

Styczniowy "Bluszcz"

Styczniowy numer "Bluszcza" wyjątkowo nie pozwala porzucić się byle gdzie i byle kiedy...

Świetny wywiad z Olgą Tokarczuk ("Widzieć jak mucha z sufitu") i artykuł o literackich noblistkach ("Kobiety i inni") to teksty obowiązkowe. 

Dalej słów kilka o życiu pisarzy m.in. w tekście "Stawka autorska", który zwraca uwagę na rolę nagród literackich w życiu pisarza, a także w tekście "Trzy grosze za słowo", który uchyla rąbka tajemnicy i rzuca światło na kwestię finansową osób, dla których pisanie powieści to jeden z głównych sposobów zarobienia na życie.

Maciej Krawczyk snuje rozważania na temat fantastyki ("Pycha wyobraźni"), a Sylwia Chutnik przybliża nam osobę Zofii Nałkowskiej ("Emo Zofia"). 

Kolejny ciekawy tekst dotyczy nieczytanych książek, które leża zapomniane w księgarniach, do momentu, aż poddawane są recyklingowi - o tym w tekście Marceliny Szumer i Pawła Wieczorka ("Mielony wolumin"). 

Agnieszka Wolny - Hamkało rozmawia z profesorem Pawłem Śliwińskim o gustach i zasadach przyznawania nagród w konkursach literackich... 

Polecam, bo naprawdę warto. 

niedziela, 15 stycznia 2012

Niepokojąca lektura... (Maggie Stiefvater "Niepokój")

Można się dziś pogubić wśród tych wszystkich romansów paranormalnych, w których anioły, wilkołaki i wampiry odgrywają główne role. Na dodatek, niektóre powieści nie powinny w ogóle ujrzeć światła dziennego, a co dopiero pretendować do tytułu „romansu paranormalnego”. Książka Maggie Stiefvater to książka, która jak żadna inna zasługuje w pełni na to miano, przy czym różni się od całej masy mdłej papki, w której nie ma nic odkrywczego, a która to ostatnimi czasy w ogromnej ilości zalewa rynek książki. 


„Niepokój” to zgrabna kontynuacja części pierwszej… Pojawiają się nowi bohaterowi, dzięki czemu wątki z pierwszego tomu zostają rozwinięte i popchnięte w zupełnie nowym kierunku. Historia, którą opowiada nam Maggie Stiefvater komplikuje się, dostarczając nam emocji i rozrywki w postaci interesującej i trzymającej w napięciu lektury. Z Grace, która w dzieciństwie została ugryziona przez wilka, dzieje się coś dziwnego… Jej chłopak Sam, który został wyleczony, a co zostało ukazane w poprzednim tomie, ma na głowie całą masę problemów, związanych z nowymi wilkami, które dołączyły do sfory. Na dodatek nie jest on mile widziany przez rodziców Grace, którzy starają się go za wszelką cenę odciągnąć od jeszcze niepełnoletniej córki, która nie potrafi wyobrazić sobie życia  bez niego. 


Wydarzenia mające miejsce w książce ukazane są z perspektywy czterech osób.  Mogłoby się wydawać, że wprowadzi to jakiś chaos i nieporządek. Wręcz przeciwnie – dzięki tej narracyjnej rozmaitości czytelnik nie nudzi się i śledzi z żywym zainteresowaniem wydarzenia, które rozgrywają się w Mercy Falls. Dzieje się w tej książce bardzo dużo… Autorka raz po raz serwuje nam nowe istotne fakty z życia bohaterów, których notabene w tej książce jest więcej, niż w pierwszym tomie. Na dodatek pojawiają się nowi bohaterowie, a Isabel, która w pierwszym tomie była drugoplanową postacią, w tomie drugim ma do powiedzenia bardzo wiele.


Zarówno pierwszy, jak i drugi tom napisane są w bardzo przystępny sposób, dzięki czemu czytelnik pochłania książkę w mgnieniu oka. A trzeba zaznaczyć, że powieść „Niepokój” nie należy do najcieńszych. Wszystko dzieje się bardzo szybko, a każdy kolejny rozdział zaskakuje bardziej, niż ten, który dopiero skończyliśmy czytać. 


Wielkim plusem tej serii jest fakt, że autorka skupia się tylko i wyłącznie na wilkołakach. Z każdą stroną „Niepokoju” można tracić niepewność co do tego, do kogo skierowana jest książka… Niektóre dość odważne opisy kwalifikują tę książkę jako nadającą się dla nieco starszej młodzieży.  Bo książka nie ukazuje naiwnej, młodzieńczej miłości, tylko prawie dorosłych już ludzi, między którymi rodzi się uczucie, zmuszające ich do poświęceń i podejmowania poważnych decyzji rzutujących na ich dalsze, wspólne życie. Zaskakujące jest to, jak motyw paranormalny, czyli obecność wilkołaków w książce wtapia się w rzeczywistość, na której przede wszystkim skupia się autorka. Gdyby go pominąć, mielibyśmy książkę dla młodzieży poruszającą istotne problemy – zapewne jedną z wielu. Baśniowe elementy sprawiają, że na patrzymy zupełnie inaczej na życie i problemy głównych bohaterów, których uczucia i przemyślenia są dużo bardziej dojrzałe, niż w tomie poprzednim.

 
Dziś seria książek  Maggie Stiefvater została okrzyknięta mianem bestsellera, który czytany jest już w 34. krajach. Dla wszystkich sympatyków Grace, Sama i całej reszty bohaterów interesującym okaże się fakt, że wkrótce książka zostanie zekranizowana. Jeśli podobało Wam się „Drżenie”, z pewnością oczaruje Was „Niepokój”, dzięki któremu na kilka godzin przeniesiecie się do innego świata.

niedziela, 18 grudnia 2011

Krótki kurs kreatywności (Hugh MacLeod - Homo creativus. 40 technik podkręcania umysłu)

Rzadko kiedy decyduję się sięgnąć po jakikolwiek poradnik – nie przepadam za tego typu publikacjami… Za każdym razem odnoszę wrażenie, że zamiast wykorzystać czas na coś, co w jakikolwiek sposób mnie rozwinie, czytam książkę, w która do niczego mi się nie przyda. Zupełnie inaczej jest w przypadku książki, której autorem jest Hugh MacLeod.


„Homo creativus. 40 technik podkręcania umysłu” to poradnik, który ma na celu zmianę naszego postrzegania własnej kreatywności, ale nie tylko… Autor książki pokazuje nam, że to od nas samych zależy, czy osiągniemy sukces, czy nie. Owych rad udziela nam nie byle kto, bo autor popularnego bloga „Goping Void”. Hugh MacLeod stal się sławny dzięki rysunkom umieszczanym na odwrocie wizytówek. Czytając krótkie teksty znajdujące się w książce „Homo creativus…” zdajemy sobie sprawę, że już gdzieś mieliśmy z tym do czynienia. A to na studiach, a to w pracy. Humor i trafność jego uwag sprawiły, że zostały docenione przez innych. I chociaż nie ma tematy, na który MacLeod by się nie wypowiedział, to jednak kreatywność jest głównym motywem jego obserwacji. Nie musimy zgadzać się ze wszystkim, o czym pisze autor, co nie znaczy, że nie znajdą się osoby, którym jego rady otworzą oczy. Forma, jaką przybierają jego teksty również przykuwa oko – teksty są krótkie – nie ma w nich dziwnych pojęć, trudnych definicji i niezrozumiałych słów, a na dodatek przeplatane są zabawnymi rysunkami autora, który nie wywyższa się i nie wymądrza, a raczej stara się zainteresować czytelnika i podzielić się z nim swoją wiedzą i doświadczeniem. MacLeod stawia na prosty i szczery przekaz, na który czytelnik prędzej czy później się otwiera. 


Człowiek to istota kreatywna – czasem wystarczy wskazać mu odpowiedni kierunek, żeby we właściwy sposób wykorzystał swój ukryty potencjał. Autor pisze m.in. o tym, żeby nie słuchać rad „dobrych przyjaciół”, a nasz pomysł nie musi być wcale wielki – wystarczy, że jest nasz. Ponadto, aby coś zrealizować musimy poświęcić na to trochę czasu, rezygnując z czegoś na rzecz celu, który chcemy zrealizować. Jak pokazuje nam, że aby zrealizować jakiś pomysł musimy zachować go dla siebie – nawet nie spostrzeżemy się, kiedy w naszym otoczeniu pojawi się ktoś, kto będzie chciał odciąć kawałek tortu, który to nam się należy. 



MacLeod pokazuje, że pomysł, który naprawdę warto zrealizować pojawia się najczęściej wtedy, kiedy mamy o nim jak najgorsze zdanie – coś głupiego, na co każdego dnia tracimy nasz cenny czas okazuje się być kurą znoszącą jaja. Podobnie z naszą kreatywnością, która tkwi w nas od dziecka. Najważniejsze jest to, by nie zapominać o naszym wewnętrznym głosie, który domaga się kredek, które ułatwią nam realizację naszych pomysłów. 


Hugh MacLeod pisze również o tym, że każdy z nas ma swój własny Mount Everest – zdobycie go to nasz życiowy cel, ale… Na górę prowadzi wiele ścieżek i każdy musi chociaż spróbować na niego wyjść. Dlaczego? Bo bardziej niż porażka boli świadomość, że się czegoś nie spróbowało. Nawet jeśli w zamian nic nie otrzymamy. Nigdy nie należy się na coś przesadnie nastawiać. 


Czy potrzebujemy masy rekwizytów, które pomogą nam zrealizować nasze cele? MacLeod twierdzi, że nie… „Wymyślne urządzenia są dla przeciętniaków, żeby mieli jeszcze jedną kolumnę, za którą będą mogli ukryć swój niedobór talentu”. Ta i inne uwagi sprawiają, że książka ta wyróżnia się znacząco na tle innych tego typu publikacji. „Homo creativus. 40 technik podkręcania umysłu” to książka przydatna – lektura ciekawostka, która może, ale nie musi zmienić naszego światopoglądu. To od nas samych zależy ile z niej wyciągniemy i co z tą wiedzą zrobimy.


Każdy z nas  ma zupełnie inne doświadczenie i problemy życiowe – być może w którymś momencie naszego życia rady MacLeoda okażą się niezbędne. Warto wiedzieć, że taka książka jest – warto po nią sięgnąć w chwili słabości.

wtorek, 15 listopada 2011

Listopadowy Bluszcz...

...a w nim:




- Jerzy Bralczyk o dobrej literaturze w rozmowie z Markiem Łuszczyną,
- Ignacy Karpowicz o popkulturze,
- Joanna Bator ujmująco i niezwykle klimatycznie o opuszczonych miejscach w Japonii,
- Dorota Masłowska o radzeniu sobie ze swoimi obawami, o pisaniu i nie tylko...
- Marcelina Szumer i świetny artykuł o spotkaniach autorskich,
- wywiad z Mariuszem Szczygłem,
- Marek Łuszczyna o garniturach,
- Iza Klementowska porusza temat seksu w książkach znanych i lubianych,
- Wojciech Jagielski o fikcji w reportażu,
- Juliusz Machulski o Kieślowskim,
- wywiad z Małgorzatą Szejnert.

niedziela, 13 listopada 2011

Niewykorzystany potencjał (Charlaine Harris - "Dotyk martwych")

„Dotyk martwych” to pierwsza książka Charlaine Harris, którą dane mi było przeczytać… Przez chwilę zastanawiałam się,  czy dobrym pomysłem było sięgnięcie po ten właśnie tytuł nie czytając serii książek, na podstawie których powstał serial „Czysta krew”. Liczyłam na to, że będę miała do czynienia z książką, która będzie nieco odbiegała od tego, co zostało opisane w którymkolwiek tomie wchodzącym w skład cieszącej się dużym zainteresowaniem serii. Jak to zwykle bywa w opowiadaniach, poszczególne wątki i powiązania występujące między bohaterami są skromnie zarysowane, co nie znaczy, że osoba, która nie czytała całej serii, nie może sięgną po ten zbiór.

Żeby za dużo nie zdradzić, napiszę tylko tyle, że bohaterką tych krótkich opowiadań jest Sookie Stackhouse - kelnerka obdarzona mocą umożliwiającą jej wgląd w myśli innych. Jak to zwykle w opowiadaniach bywa, główna bohaterka ukazana jest w różnych życiowych sytuacjach...

Z całą pewnością jest to ten typ literatury, który nie wszystkim musi się podobać. Poczucie humoru autorki jest dosyć specyficzne. Nie jest to też typ lektury, który ma za zadanie radykalnie zmienić nasze życie. „Dotyk martwych” to lekka, momentami zabawna lektura, która ma za zadanie dostarczyć czytelnikowi rozrywki.

Spotkałam się z wieloma opiniami na temat tego zbioru opowiadań. Osoby, które czytały cały cykl książek o Sookie Stackhouse nie są nim zachwycone, z kolei osoby, które sięgnęły po zbiór bez uprzedniego zapoznania się resztą książek o martwych, bardzo go chwalą. Jak wiadomo - ile osób, tyle opinii… Mnie osobiście książka pomimo jej lekkości nie zachwyciła i nie zachęciła do sięgnięcia po inne powieści Charlaine Harris. Muszę przyznać, że jej poczucie humoru jest bardzo specyficzne. I chociaż momentami nawet mi się podoba, to na dłuższą metę nieco męczy i irytuje przez to, że trąci naiwnością. 

Dużym plusem tej książki są bohaterowie, którzy są bardzo wyraziści. Ich konstrukcja nie odciąga jednak naszej uwagi od faktu, że czegoś tej książce brakuje. W tych opowiadaniach drzemie ukryty potencjał, który nie został odpowiednio wykorzystany przez autorkę – brakuje tutaj jakiegoś mocnego uderzenia i momentu kulminacyjnego, który wywróci nasz świat do góry nogami. Moje zastrzeżenia dotyczą tak fabuły, jak i samych bohaterów. Niestety – trzeba brać pod uwagę fakt, że opowiadania rządzą się własnymi prawami. Nie ma w nich miejsca na nadmiar faktów i zawiłą fabułę. Wszystko musi być maksymalnie skondensowane, co niestety negatywnie wpływa na rozwój postaci i sposób, w jaki zostali ukazani. W zbiorku opowiadań na pierwszy plan wysuwa się bardzo charakterystyczny dla Harris sposób narracji. Inne elementy osuwają się w cień. Zapewne w kilku tomowej serii o martwych wszystko idealnie się równoważy i uzupełnia – autorka ma większe pole do popisu, dzięki temu, że może na to przeznaczyć więcej miejsca.

Nie skreślam Harris, ale też nie biegnę w podskokach do księgarni po kolejne jej książki – przynajmniej na razie. Być może sięgnę kiedyś po cały cykl o martwych – czas pokaże.

sobota, 12 listopada 2011

Cytując... Jakuba Żulczyka przemyślenia (10)

"Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja."

Jakub Żulczyk, Ślepnąc od świateł

poniedziałek, 7 listopada 2011

Dwa dni w Krakowie, czyli 15 targi książki

Kolejne targi książki za mną – tym razem w Krakowie. Wyjazd w piątek wieczorem – powrót w niedzielę. Nie ukrywam, że nie chciałam wracać. Z każdą minutą byłam o dziwo coraz bardziej naładowana pozytywną energią, która w chwili obecnej wciąż utrzymuje się na wyjątkowo wysokim poziomie… A to dlatego, że ciągle się coś działa – zwłaszcza na stoisku wortalu literackiego www.granice.pl w którym pracuję od lipca tego roku…

Nie chce mi się wierzyć, że już rok minął od ostatnich targów książki w Krakowie, i że tak wiele się od tego czasu zmieniło. Wtedy wędrowałam po hali jako zwykła czytelniczka, blogerka, która chce zdobyć podpis od swojego ulubionego pisarza (Andrzej Stasiuk) - a teraz jako wystawca i zastępca redaktora naczelnego w wortalu www.granice.pl. I chociaż w moim życiu wiele się zmieniło, to moje postrzeganie targów wciąż pozostało takie samo – wciąż denerwuje mnie to, że hala znajduje się tak daleko, wciąż irytuje ścisk i tumult, który w pewnym momencie odbiera swobodny oddech. Ludzi było znacznie więcej niż rok temu – przynajmniej jeśli chodzi o sobotę. W przypadku reszty dni, nie mam niestety porównania… Zaczęło się niepozornie – kolejki na szczęście mnie ominęły ze względu na to, że byłam wystawcą. (Uffffff…….)


Po wejściu przyszedł czas na pierwszą rundkę po hali i pierwsze rozeznanie, kto gdzie jest. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że wszystko odbywało się bez planu hali, co jakoś znacząco nie przeszkadzało mi w tym, żeby dotrzeć do wydawnictw, do których chciałam dotrzeć – większe wydawnictwa odpowiednio zadbały o to, aby ich stoiska wyróżniały się na tle innych. 





















W tym roku zadbałam o odpowiedni poziom gotówki w moim portfelu, ale jak się okazało nie kupiłam ani jednej książki, dzięki czemu moje półki nieco odetchną (portfel zresztą też). Jedyną książką jaka ze mną wróciła do domu, była książka „Zakochany duch”, którą zdobywałam w wymianie na stoisku księgarnio – kawiarni Cafe Szafe. 







No dobra, dobra :P Dostałam też trzy piękne zeszyty od portalu www.takt24.pl :) Były tak cudowne, że trudno było im się oprzeć. 


Jeśli chodzi o spotkania z autorami postanowiłam w tym roku ograniczyć się do rozmów na temat książek z osobami goszczącymi na stoisku F7, a mianowicie z Panią Agnieszką Krawczyk, z Panią Danutą Noszczyńską, Panem profesorem Zbigniewem Białasem i Panem Dmitrijem Strelnikoffem. 









Miałam również okazję przeprowadzić ciekawą rozmowę z Panem Januszem Korylem, autorem zrecenzowanej przeze mnie ostatnio książki „Sny”. Wkrótce na wortalu literackim www.granice.pl ukaże się wywiad z pisarzem.





Poza spotkaniami z autorami na naszym stoisku każdego dnia odbywał się konkurs „Manewry książkowe”, w którym można było wygrać codziennie trzy zestawy składające się z pięciu książek, które można było wybrać wedle własnego uznania. Możecie sobie wyobrazić co się u nas działo, gdy przychodził czas na losowanie i wybór książek :) To niesamowite, jak wielką radość może sprawić obdarowanie drugiej osoby książkami. 









W wolnej chwili wędrowałam po salonie nowych mediów i oglądałam czytniki i tablety, które pomimo tego, że kocham tradycyjną książkę, w jakiś magiczny sposób przyciągały mnie do siebie. Testowanie, oglądanie i czytanie fragmentów na tych urządzeniach tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że chcę mieć swój własny czytnik.








Targi to nie tylko książki i  spotkania z autorami… To również spotkania z ludźmi, których znam z blogosfery, a mianowicie autorkami i autorami blogów o książkach. Nie będę ukrywała, że to właśnie owe spotkania i rozmowy cieszą najbardziej. Zwłaszcza, jeśli ktoś zdecyduje się na przyjazd z drugiego końca Polski. Cieszę się, że mogłam spotkać się z Wami wszystkimi. Szkoda, że tak krótko… Mam nadzieje, że spotkamy się na kolejnych targach. W Warszawie? W Katowicach? W Krakowie :) ? Czas pokaże.

I chociaż tego typu wyjazdy męczą to mimo wszystko jest to zmęczenie innego rodzaju – zmęczenie, które daje do myślenia; zmęczenie, które sprawia, że zaczynamy widzieć więcej; zmęczenie, które sprawia, że chcemy robić coś nowego; zmęczenie, które daje pozytywnego kopa.
Uśmiech, dobre słowo, radość, którą widać u innych – czasem tylko tyle wystarczy, żeby zmęczenie zniknęło w jednej chwili, a w jego miejsce pojawił się wielki optymizm i siła do dalszego działania.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...