czwartek, 31 maja 2012

Walka toczy się dalej! (George R. R. Martin - "Starcie królów")

Coraz więcej osób żywiołowo reaguje słysząc o Georgu R. R. Martinie. I wcale mnie to nie dziwi, bowiem pisarz skradł serca całej rzeszy czytelników sagą „Pieśń Lodu i Ognia”. Z dnia na dzień zmniejsza się ilość osób, którym tytuł książki „Gra o tron” nic nie mówi. Coraz więcej osób czytających tę sagę można spotkać w autobusie, tramwaju, bądź pociągu. A jeśli ktoś sięgnie po tom pierwszy i nie będzie się mógł od niego oderwać, ten bez wątpienia sięgnie po kolejne - jak ja. 
 
Ciężko jest zdradzać i jakkolwiek pisać o tym, co dzieje się w powieści „Starci królów” bez psucia zabawy tym, którzy nie przeczytali jeszcze „Gry o tron”. Już sam tytuł zdradza, że walka o żelazny ton toczy się dalej, a starcie o koronę będzie zacięte i krwawe – na scenę wkraczają nowe żądne korony postaci, które roszczą sobie prawo do żelaznego tronu, na którym niegdyś zasiadał Robert Baratheon. W grze o tron swoją siłę zademonstrują m.in.. Stannis Baratheon, Tyrellowie z Wysogrodu czy ród Greyjoyów z Żelaznych Wysp. Oczywiście nie zabraknie też czołowych postaci, które czytelnik miał okazję poznać w tomie poprzednim. Będzie też więcej magii i mistycyzmu, co zapewne znajdzie uznanie wśród wielbicieli tego typu elementów w książkach fantasy.
 
„Starcie królów” podobnie jak „Grę o tron” czyta się jednym tchem. Powieść wciąga od samego początku, a to wszystko dzięki świetnemu stylowi autora, który pisze lekko i płynnie, oferując niesamowitą różnorodność - tak bohaterów, jak i emocji, które podczas lektury udzielają się czytelnikowi. Na dodatek sięgając po drugi tom nie tracimy już tyle czasu na poznanie wszystkich bohaterów i przyzwyczajenie się do licznych tytułów, którymi posługują się oni w trakcie powieści. Wiadomo już kto jest kim, a nowe postaci doskonale uzupełniają historię, która toczy się dalej, zaskakując raz po raz, rozbudzając wyobraźnie i czytelniczy apetyt. 
 
Martin wysoko stawia  poprzeczkę  innym pisarzom fantasy. Kreując postaci powołuje je do życia nie tylko na papierze, ale w naszych umysłach i sercach, dzięki czemu ta książka, to coś więcej niż tylko powieść… Im bliżej do końca, tym większe emocje towarzyszą lekturze, która raz po raz nas zaskakuje. Z zapartym tchem śledzimy losy bohaterów – tych, którzy pojawili się już w poprzednim tomie i tych, których Martin dopiero w „Starciu królów” wprowadził. Z każdą stroną akcja się zagęszcza, a intrygi jeszcze bardziej skomplikowane. Każda śmierć to zaskoczenie – czasem ulga, a czasem wielkie rozczarowanie, zwłaszcza wtedy, gdy ginie ulubiony bohater, a przy tym postać pozytywna, wobec której czytelnik miał wielkie oczekiwania.  Powieść ta zdecydowanie skierowana jest do osób, które znają poprzedni tom – jest to na tyle bogata w różne elementy powieść, że nie można ot tak po prostu sięgnąć sobie po drugi tom, jak to może mieć miejsce z niektórymi cyklami, które na kilku stronach streszczają najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w poprzednim tomie. Tutaj każdy tom to elementarny składnik całego cyklu – bez znajomości poprzedniego ani rusz.
 
Dbałość o szczegóły, zamiłowanie do budowania napięcia z prawdziwym pietyzmem, nieśpieszne snucie spokojnej opowieści, która potrafi zmienić się w jednej chwili nie do poznania i zacząć przypominać nurt niespokojnej rzeki sprawiają, że wiele osób chętnie sięga po książki Martina. Cechy charakterystyczne dla jego powieści, którzy jedni wręcz ubóstwiają, wiele osób odstraszają i zniechęcają – zwłaszcza brutalności, krew i śmierć, które często pojawiają się w jego powieściach   Dla niektórych styl Martina bywa męczący i nużący… Trudno zresztą oczekiwać, żeby książki jakiegokolwiek autora trafiały w gusta absolutnie wszystkich czytelników.  
 
„Starcie królów” to zgrabna kontynuacja „Gry o tron”. Powieść napisana z prawdziwym rozmachem… George R. R. Martin pokazuje, na to go stać – po raz kolejny snuje niesamowitą historię wypełnioną po brzegi bohaterami, politycznymi intrygami i szczegółami. Po raz kolejny czytelnik w mgnieniu oka wpada w sidła  opowieści, która mogłaby się nigdy nie kończyć. Tym, którzy pokochali „Grę o tron” zdecydowanie polecam.

wtorek, 29 maja 2012

Majowy Bluszcz

Idealny na majówkę, idealny do czytania na trawie... Zachwycił mnie niezmiernie. 

Na pierwszy rzut poszedł wywiad z Fiszem, którego lubię, szanuję i cenię. Tym razem opowiada Marcie Szarejko o swoich muzycznych początkach, tekstach piosenek, literackich inspiracjach i szukaniu sposobu na siebie. 

Rafał Bryndal serwuje nam dwa świetne wywiady - Głowacka & Głowacki, czyli Janusz Głowacki i jego córka, która niedawno wydała książkę "Manhattan pod wodą" (swoją drogą książka zapowiada się ciekawie...). 

Marcelina Szumer i Paweł Wieczorek o książkach, które zanim trafiły na listy bestsellerów były odrzucane w wielu wydawnictwach. 

Patrycja Pustkowiak zwraca uwagę na postać Franza Kafki - niedawno ukazała się książka "Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców". Czy może być lepszy moment, żeby snuć rozważania na temat neurotycznego wizerunku pisarza? 

Iza Klementowska zdradza nam czym zajmowali się znani pisarze, zanim zaczęli pisać. Bukowski, Larsson, Palahniuk. 

Dawid Rosenbaum przybliża nam postać Lizy Minnelli.

Kilka stron dalej Marta Kijańska - Bednarz o naszym niezbywalnym prawie do złego samopoczucia w tekście "Prawo do doła". 

Kilkanaście stron dalej Tomasz Pindel lekko i zabawnie o literaturze klozetowej.

Nie będzie nowością jeśli napiszę, że to był wyjątkowo dobry numer :) Od długiego czasu każdy numer "Bluszcza" taki dla mnie jest. Oczywiście zdarzą się teksty słabsze, które w żaden sposób mnie nie wzruszą, ale przeważająca część zasługuję na uwagę i polecenie innym :)

czwartek, 17 maja 2012

W objęciach wielu kobiet (Charles Bukowski "Kobiety")

Charles Bukowski zawsze jawił mi się jako ktoś, kogo muszę poznać poprzez zapisane strony książki, jako postać kultowa, której trzeba poświęcić chociaż chwilę ze swojego życia. Właśnie dlatego sięgnęłam po powieść „Kobiety”.  Nie wiem czy był to dobry wybór, czy też nie… Żeby się o tym przekonać, musiałabym sięgnąć po inne powieści tego pisarza, co być może nastąpi z czasem. 

Bohaterem wielu książek i opowiadań Bukowskiego Henry Chinaski. Nie inaczej jest w przypadku powieści „Kobiety” ukazującej nam outsidera, który uwielbiał kobiety, alkohol i wyścigi konne. Już po kilkunastu stronach można dojść do prostego wniosku, że Henry Chinaski to literackie alter ego samego Bukowskiego. 

„Kobiety” to mocna i wulgarna powieść, w której autor nie stroni od opisów stosunków, jakie Henry Chinaski odbył z kobietami spotkanymi na swojej drodze (a trzeba przyznać, że trochę ich było…). Cała ta brutalność, wyuzdanie i grubiaństwo jakie serwuje Bukowski, mogą przyczynić się do tego, że niejeden czytelnik odłoży tę książkę bez mrugnięcia okiem… Niewiele osób zda sobie sprawę, że to tylko otoczka, za którą kryje się coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka – z czasem jesteśmy w stanie dostrzec i uchwycić to, co pisarz próbuje przed  nami ukryć pod powłoką pijaka i awanturnika, a mianowicie wrażliwość i mądrość życiową, której w żadnym wypadku nie można mu odmówić. Zaskakując jest to, że Henry Chinaski – mężczyzna nieatrakcyjny, w podeszłym wieku, z nałogami – właściwie nikt wyjątkowy, a mimo wszystko ktoś, kto przyciąga kobiety jak magnes. On sam zaś traktuje je jako swoistego rodzaju materiał, obiekt badań, wzorce postaci, które później umieści w swoich powieściach i opowiadaniach. Wszystkie relacje i związki (krótsze bądź dłuższe) jakie wywiązują się pomiędzy bohaterem książki, a spotkanymi przez niego kobietami, mają umożliwić mu lepsze poznanie ich złożonej natury, o czym możemy przeczytać w poniższym cytacie:

„Myślałem o rozstaniach, o tym, jakie są trudne, ale zazwyczaj dopiero po rozstaniu z jedną kobietą spotykasz następną. Musiałem zakosztować wielu kobiet, żeby je naprawdę poznać, żeby w nie wejść. Na poczekaniu potrafię wymyślać postacie facetów, ponieważ jestem jednym z nich, ale niemal nie jestem w stanie opisać fikcyjnej kobiety bez poznania prawdziwej. Tak więc eksplorowałem je na miarę swoich możliwości i odkrywałem w nich istoty ludzkie…”. [1]

I chociaż w powieści na pierwszy plan wysuwają się opisy przelotnych, często burzliwych przygód, czy śmiałe opisy łóżkowe pozbawione romantycznej otoczki, to wcale nie znaczy, że bohater Bukowskiego pozbawiony jest wyższych uczuć. Aby to dostrzec, trzeba przymknąć oko na ordynarność, sprośność czy dosadność i poznać go bliżej. Bo zarówno Chinaski, jak i Bukowski zyskują na bliższym poznaniu… Z czasem seksistowski cham i prostak ustępuje miejsca mężczyźnie, który ma do przekazania coś więcej – życiową mądrość, „perełkę” która trafia w sedno:
„Ból jest dziwnym uczuciem. Kot zabijający ptaka, wypadek samochodowy, pożar… Ból zjawia się nagle – trach! – i już jest, przygniata się, aż nadto rzeczywisty. A w o czach postronnego obserwatora wyglądasz na głupca. Jakbyś nagle zidiociał. Nie ma na to lekarstwa, jeśli nie znasz nikogo, kto zrozumie, jak się czujesz, i wie, jak ci pomóc” [2]

czy kilkanaście stron dalej:
“W pierwszym pocałunku i w pierwszym stosunku tkwi pewna doza dramatyzmu. Ludzie z początku wydają się interesujący, ale potem, stopniowo, lecz nieodwracalnie, wychodzą na jaw wszystkie ich wady i odchylenia od normy. Kobiety. Zawsze w końcu przestaję je obchodzić, a i one tracą dla mnie znaczenie…” [3]

I dzięki takim słowom rośnie moja sympatia do Bukowskiego, który w gruncie rzeczy jawi mi się jako zagubiony i nieprzystosowany do codzienności, stroniący od ludzi wrażliwiec, który ma wiele do powiedzenia na temat życia, relacji panujących na tym świecie… Warto przyjrzeć się postawie Chinaskiego – Bukowskiego, który z jednej strony stanowi dosyć pokaźne tło dla wszystkich kobiecych postaci jakie przewijają się przez książkę, a zarazem sam w sobie łączy niezliczoną ilość cech, które czynią z niego niezwykle barwną postać o wielu twarzach:
„Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju.” [4]

Bez mrugnięcia okiem i bez chwili zastanowienia skłaniam się ku opinii, że w gruncie rzeczy ta powieść to zaskakujące stadium ludzkich zachowań i natury – cała ta historia uświadamia nam, kim tak naprawdę jesteśmy i co nami kieruje. Poprzez zachowanie i przemyślenia głównego bohatera, Bukowski odziera nas ze złudzeń pokazując, że kieruje nami rządza zaspokojenia własnych pragnień. Sam Chinaski z jednej strony izoluje się od ludzi, chce spokoju, nie chce być interesujący, ale każdy jego krok i czyn to zaprzeczenie jego własnych słów – jest pisarzem, który chcąc nie chcąc musi brać udział w spotkaniach autorskich. Jest głośny i wyróżnia się z tłumu. Zmusza nas do udziału w swoim przedstawieniu, daje do myślenia, każe się zastanowić nad tym, która z jego twarzy jest tą prawdziwą – a jeśli wszystkie, to co to wszystko ma na celu i do czego prowadzi. Odpowiedzi mogą być zaskakujące, ale żeby je odnaleźć, musimy wkroczyć w prozę Bukowskiego z własnej, nieprzymuszonej woli.

[1] Charles Bukowski, Kobiety, Warszawa 2008, str. 335
[2] Tamże, str. 76
[3] Tamże, str. 108
[4] Tamże, str. 153

sobota, 12 maja 2012

Cytując... Charles Bukowski - "Kobiety" (11)



“W pierwszym pocałunku i w pierwszym stosunku tkwi pewna doza dramatyzmu. Ludzie z początku wydają się interesujący, ale potem, stopniowo, lecz nieodwracalnie, wychodzą na jaw wszystkie ich wady i odchylenia od normy. Kobiety. Zawsze w końcu przestaję je obchodzić, a i one tracą dla mnie znaczenie…”

Charles Bukowski, Kobiety, str. 108

piątek, 11 maja 2012

Zwyciężaj albo giń! (George R. R. Martin - "Gra o tron")

Miłośnicy fantastyki od jakiegoś czasu mają nowego guru – jest nim George R. R. Martin, który w 1996 roku wydał pierwszy tom cyklu „Pieśń lodu i ognia”. Dotychczas w Polsce wydanych zostało pięć z siedmiu planowanych tomów cyklu. Popularność jaką zdobył ten cykl jest zdumiewająca, zarówno w Polsce jak i na całym świecie… Tym, co dodatkowo napędza sukces powieści „Gra o tron” jest amerykański serial fantasy stworzony przez Davida Benioffa i Dana Weissa dla HBO, który zagościł w stacjach telewizyjnych rok temu. 
 
Książka Martina to monumentalne dzieło… Czyta się szybko, ale jeśli ktoś nie dysponuje odpowiednią ilością czasu, nie powinien zabierać się za lekturę tej wielowątkowej powieści fantasy – wciąga niesamowicie. Odłożenie jednego tomu wiąże się z sięgnięciem po kolejny. O czym właściwie jest „Gra o tron”? W dużej mierze jest to historia walki potężnych rodów, które dążą do przejęcia władzy nad krainą Westeros… Czytelnik niejednokrotnie staje się świadkiem skrzętnie uknutej intrygi, bądź zbrodni, która pokazuje, że walce o żelazny tron wszystkie środki są dozwolone.

W książce pojawia się cały wachlarz bohaterów i żaden nie jest mniej ważny od kolejnego, bo za sprawą każdego, ta historia rozwija się tak, a nie inaczej. Każdemu bohaterowi poświęca autor wiele miejsca i uwagi… Czytając opisy postaci, a także zdania wypowiedziane przez nie bez większych problemów można wyobrazić sobie jak wyglądają, a także jaki  mają charakter, dzięki czemu czytelnik utożsamia się z nimi i sympatyzuje, wiernie kibicując jego poczynaniom. W pierwszym tomie sagi „Pieśń lodu i ognia” możemy wyróżnić ośmiu najważniejszych bohaterów, za pośrednictwem których śledzimy wydarzenia opisane przez Martina: Eddardd Stark, zwany Nedem, władca zamku Winterfell, który zlokalizowany jest na północy krainy Westeros , jego żona,  Catelyn Stark, dwie córki – Sansa i Arya, syn Brandon oraz syn z nieprawego łoża, czyli Jon Snow. Jest również Tyrion Lannister i Daenerys Targaryen.   
 
Z całą pewnością nie można odmówić autorowi dbałości o szczegóły, które ani przez chwilę nie przytłaczają czytelnika, a wszystko dzięki sposobie w jaki George R. R. Martin operuje słowem pisanym. Lekkości tej powieści dodaje chwyt zastosowany przez autora – krótkie rozdziały poświęcone poszczególnym bohaterom upodabniają tę powieść do mozaiki. Na początku ciągła zmiana punktu narracji może irytować, ale już po kilkudziesięciu stronach czytelnik przyzwyczaja się do tego zabiegu. Z czasem zabieg ten doskonale urozmaica lekturę i umożliwia lepsze wykorzystanie zwrotów akcji, co z kolei sprawia, że czytelnik nie czuje się znużony. 
 
Ciężko jest przyrównać książkę Georga R. R. Martina do czegokolwiek, bowiem nie ma w niej tego, co można znaleźć w dziełach pisarzy takich jak J. R. Tolkien, Robert E. Howard czy Ursula K. Le Guin. W książce tej nie występuje magia, nie można spotkać krasnoludów, bądź goblinów. Martin stworzył  świat w którym elementy fantasy przeplatają się z rzeczywistością – nie mamy tutaj odwiecznej walki ze złem, czy mitycznych stworów (nie licząc smoków, czy tajemniczych Innych), a skomplikowane relacje międzyludzkie. Bohaterowie to zwykli ludzie, w życiu których obecna jest magia. George R. R. Martin nie boi się przeciwstawić zasadom, którymi rządzi się powieść fantasy – wszystko to, co czytelnik kojarzy z typową powieścią fantasy zostaje zastąpione intrygami, które mają przybliżyć dany ród do żelaznego tronu, o który toczy się wojna. Takich książek się już dziś nie pisze… Trudno jest trafić na książkę fantasty, która nie powiela utartych schematów i wnosi do tego gatunku coś oryginalnego.  Taką książką z całą pewnością jest „Gra o tron”, która przez wiele stron doskonale trzyma napięcie. Pomysły, które realizuje w swojej powieści George R. R. Martin tętnią świeżością. Bohaterowie, pomysł, prowadzenie narracji - wszystko to  sprawia, że „Grę o tron” nie tyle dobrze się czyta, co wręcz pochłania z zapartym tchem w oczekiwaniu na to, co przyniosą kolejne strony.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kwietniowy Bluszcz

Siłą tego numeru są wywiady, przynajmniej dla mnie... I tak oto możemy przeczytać niezwykle interesującą rozmowę z poetką Julią Hartwig, która opowiada o tym jak patrzeć, żeby widzieć, i jak tych wszystkich obserwacji nie utracić;

- Krzysztof Varga w rozmowie z Patrycją Pustkowiak odpowiada na pytania dotyczące jego nowej książki "Trociny", 

- Urszula Dudziak dzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami na temat wydanej w ostatnim czasie książki "Wyśpiewam wam wszystko";

W każdym numerze Bluszcz ukazuje sylwetkę znanej osobistości - tym razem jest znana i ceniona portrecistka Ameryki - Annie Leibovitz;

Marcelina Szumer i Paweł Wieczorek o tym, jak tłumacze potrafię popłynąć przekładając książkę;

Joanna Bator tym razem o obrazie 3D, i współczesnej komunikacji przed którą uciec się nie da;

Tomasz Pidel powala na kolana dekalogiem recenzenta książkowego (przymrużenie oka jak najbardziej wskazane).

czwartek, 5 kwietnia 2012

Pinokio 2.0 (Winshluss - "Pinokio")



„Dawno, dawno temu był sobie ...
- Król! - powiedzą natychmiast moi mali czytelnicy.
Nie, dzieci, mylicie się. Dawno, dawno temu był sobie kawałek drewna...”[1]


Kto czytał „Pinokia”, powinien skojarzyć, że powyższy cytat stanowi wstęp do ponadczasowej historii, której autorem jest Carlo Collodi. Jakiś czas temu nakładem wydawnictwa Kultura Gniewu ukazał się komiks, który jest tak samo zatytułowany, jak bajka dla dzieci, która pierwotnie ukazywała się w odcinkach na przełomie lat 1881 – 1883.


Komiks, o którym mowa w tej recenzji tworzony był w 2003 roku – na łamach magazynku „Ferraille Illustré” ukazywał się on w odcinkach. Jeśli myślicie, że dzieło, którego autorem jest francuski artysta Vincent Paronnaudukrywający się pod pseudonimem Winshluss będzie powieleniem tego, co znane i lubiane, to muszę Was lojalnie uprzedzić, że komiks ten łamie utarty w świadomości czytelników obraz, w którym to drewniana kukiełka pewnego pięknego dnia zamienia się w chłopca z krwi i kości. Co więcej – komiks ten w żadnym wypadku nie powinien trafić w ręce nieletnich. Dlaczego? Powodów jest kilka -  przede wszystkim autor oferuje swojemu czytelnikowi alternatywną opowieść, i wariację na temat marionetki, która nie każdemu może przypaść do gustu. Historia ta to mocno uwspółcześniona wersja znanej na całym świecie baśni, w której raz po raz pojawia się krew i zabarwione erotyką sceny. 

Autor komiksu zmuszony był przerwać pracę nad swoim dziełem – wspólnie z  Marjane Satrapi wyreżyserował film „Persepolis” (nagroda na festiwalu w Cannes, nagroda Cezara, nominacja do Oscara w kategorii Najlepszy Film Animowany). Praca nad animacją tak go pochłonęła, że rysownikowi udało się skończyć „Pinokia” dopiero w 2008 roku, by kilka miesięcy później cieszyć się w pełni zasłużonym tytułem najlepszego komiksu roku otrzymanym na festiwalu w Angoulême.

Historia, która ostatecznie trafia w ręce czytelnika, to przefiltrowana przez wyobraźnię autora klasyczna baśń, która odwołuje się do obrazów tkwiących w naszej pamięci. Winshluss niezwykle zgrabnie odświeża ją i nieco zmienia, a także uzupełnia ją o nowe postaci i motywy, które całkowicie zaskakują czytelnika. Gdy mija pierwszy szok,  odbiorca zaczyna dostrzegać siłę i potencjał, który tkwi w tym postmodernistycznym dziele. Mnogość form i historii, które przewijają się ten komiks sprawiają, że każda chwila, którą spędzimy nad jego stronicami jest niepowtarzalna. Bo oto Winshluss serwuje czytelnikowi kilka różnych warstw narracji, a także zróżnicowaną stylistykę – czarnobiałe ilustracje przeplatają się z mrocznymi kadrami, w których autor używa mocnych barw.

Kolejnym atutem jest mnogość postaci, które możemy odnaleźć w komiksie „Pinokio”. Główny bohater nie jest drewnianą kukiełką, ale metalowym robotem, maszyną bojową, która została stworzona w celu poprawienia sytuacji finansowej jego twórcy, a mianowicie Gepetto. Trudno mówić tutaj o rodzicielskim instynkcie – tak samo jak w przypadku jego żony Swietłany, która zamiast traktować Pinokia jak swoje dziecko, upatruje w nim narzędzie mające dostarczyć jej rozkoszy, co ostatecznie prowadzi do nieco makabrycznego finału. Świerszcz, którego znamy z oryginalnej historii, zastępuje w tej opowieści karaluch Jiminy – niedoszły pisarz, który cierpi na niemoc twórczą. Godne uwagi są postaci, które od czasu do czasu przewijają się przez stronice komiksu – „siedmiu drani”, czyli siedmiu krasnoludków, lubujących się w praktykach sadomasochistycznych dokonywanych na królewnie śnieżce, której w końcu udaje się uciec z rąk oprawców… 


„Pinokio” otwiera przed czytelnikiem drzwi do świata, w którym każdy z nas egzystuje.  I chociaż Winshuluss  przedstawia czytelnikowi alternatywną historię, to wciąż mamy do czynienia, co prawda skierowaną do dorosłych, ale mimo wszystko bajką, która niesie za sobą mocne przesłanie i morał, który nie do końca chcemy widzieć… Historie, które zostają tutaj opowiedziane są momentami mocno surrealistyczne, ale w gruncie rzeczy pokazują odwieczną uniwersalną prawdę mówiącą o tym, że świat jest pełny niesprawiedliwości, zła i okrucieństwa. Pinokio występuje w tej historii w roli obserwatora, niezwykle obiektywnego zresztą – w końcu jest maszyną pozbawioną uczuć i emocji, dzięki czemu dobitnie uzmysławia nam, że każdy może stać się jego ofiarą niesprawiedliwości, głupoty i brutalności w najmniej oczekiwanym momencie.

Pinokio, Carlo Collodi, Kraków 2004, str. 5

sobota, 24 marca 2012

Dystans przede wszystkim! (John C. Parkin, Gaia Pollini - „Filozofia sukcesu, czyli f**k it!”)

Pewnego dnia John C. Parkin i Gaia Pollini postanowili otworzyć w sercu Włoch ośrodek wypoczynkowy, który nazwali „The Hill That Breathes”… Ośrodek ten miał być oazą, w której odwiedzający go goście mieli odnaleźć spokój. I tak też w gruncie rzeczy było – ludzie, którzy do niego trafiali uczyli się dystansować i uwalniać od tego, co  ich w jakikolwiek sposób ograniczało, w myśl jednej zasady, na którą składały się dwa proste słowa: „Pieprz to”.  Dla jednych zabrzmi dziwacznie, dla drugich całkowicie znajomo…

Nie od dziś wiadomo, że ludzie mają tendencję do przesadzania i znajdowania problemów tam, gdzie ich nie ma. Czy aby na pewno jest to takie dobre? Z całą pewnością nie, a już na pewno nie na dłuższą metę. Więc po co rwiemy sobie włosy z głowy, zamiast wszystko na spokojnie przemyśleć? Przyczyna jest prosta – zbyt poważnie wszystko traktujemy.

Książka „Filozofia sukcesu, czyli f**k it!”, która  kryje w sobie niebanalne przesłaniem łamie nasze standardy myslenia – autorzy nawołują do zdystansowania się wobec wszystkiego, co nas martwi i trafi. I jak się okazuje, wcale nie jest to takie trudne!

„Filozofia sukcesu…” to mała perełka, która ma wielką moc. Można ją czytać od początku do końca, bądź na wyrywki, otwierając na chybił trafił – za każdym razem trafi nam się prosta rada, która sprawi, że uśmiechniemy się od ucha do ucha. Książka ta przede wszystkim pokazuje, że czasem lepiej jest najzwyczajniej w świecie odpuścić, niż brnąć w coś, co zamiast nas uszczęśliwić, przynosi nam dodatkowe problemy i zmartwienia.

Z całą pewnością znajdą się osoby, które uznają tę książkę za coś absurdalnego i totalnie zbędnego, co kosztuje znacznie więcej, niż powinno. Pieprzyć to! Życie jest jedno, a i tak nigdy nie dogodzimy każdemu. Nie musimy! Na szczęście nie mamy takiego obowiązku. Tym, którzy chcą się uśmiać, bądź sprawić komuś niebanalny prezent z przymrużeniem oka, dając do zrozumienia, żeby nieco spuścili z tonu, z pełną odpowiedzialnością polecam książkę głoszącą nową, lepszą filozofię – „F**k it! By żyło się lepiej!” Tym, którzy nie maja poczucia humoru i dystansu do siebie i swoich pieniędzy radzę… poszukać jej w bibliotece ;)


Osobom zainteresowanym polecam stronę internetową www.thefuckitlife.com (niestety dostępna tylko w języku angielskim), a także poprzednią pozycję Johna C. Parkina „Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha”.

piątek, 16 marca 2012

Lutowy Bluszcz



A w nim m.in. (bo nie sposób wszystkiego wymienić): 


- świetny wywiad z Agnieszką Holland - o filmie, nagrodach, nadziejach i spadaniu między krzesła... Aż chce się więcej!


- Ignacy Karpowicz i Joanna Bator, czyli stałe gwiazdy miesięcznika po raz kolejny raczą nas swoimi niebanalnymi przemyśleniami,


- Krystyna Chiger, ocalona przez Leopolda Sochę rozmawia z Remigiuszem Grzelą,


- o fikcji w literaturze wypowiada się Magdalena Tulli,
- autor książki "Grandhotel" rozmawia z Markiem Łuszczyną o  Czechach,


- kilka fragmentów książek ("Tajny dziennik" Białoszewskiego, "Biografia serca"),


- niemalże na deser Agnieszka Hamkało, która skupia się na książkach, w których nie dzieje się nic,


- mała zmiana, duży plus - recenzje nie tylko książek :)


Tradycyjnie polecam i czekam na kolejny numer.

czwartek, 8 marca 2012

Mit talentu obalony! (Artur Król - "Talent nie istnieje")

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd bierze się talent? Jeśli tak, ciekawe do jakich wniosków doszliście… Jeśli nie, to już nie musicie – zrobił to za Was Artur Król w swojej najnowszej książce „Talent nie istnieje”. 

Artur Król – psycholog, trener i coach, którego specjalnością jest  trenowanie pewności siebie, w swojej najnowszej publikacji skupił swoją uwagę na ludzkich predyspozycjach, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego jak talent w ogóle istnieje. Wnioski do jakich doszedł  w swojej publikacji okazały się dość zaskakujące.

Książka „Talent nie istnieje" obala mit mówiący o tym, że to „iskra boża” czy też talent odpowiedzialne są za nasze nadzwyczajne właściwości i mistrzowski poziom, z jakim można spotkać się u wielu osób u progu kariery. Wiele osób jednak nie dopuszcza do siebie myśli, że za słowem „talent” swoi ciężka praca, systematyczność i ćwiczenia wpływające na nasz rozwój – w szczególności naszych predyspozycji. Artur Król  uzmysławia czytelnikom, że w gruncie rzeczy każdy z nas ma realne szanse na osiągnięcie zamierzonego celu w wielu dziedzinach i na wielu płaszczyznach. Nie jest to łatwe, bowiem mit talentu jest silnie zakorzeniony w naszej kulturze, a na dodatek często poprawia naszą samoocenę. Psycholog obala obecny w naszej świadomości mit podkreślając, że talent nie jest czymś, co brało się tylko i wyłącznie z naszych wrodzonych zdolności.

Talent jest wynikiem wytrwałej pracy, podjętych decyzji i wysiłku, jaki każdy z nas  powinien podjąć w swoim życiu, jeśli chce zrealizować swój plan. Artur Król uświadamia nam, że widząc czyjeś dzieło, niejednokrotnie na usta cisną nam się wówczas słowa „Masz talent!". Prawda jest taka, że widzimy jedynie efekt końcowy – nie mamy okazji przyjrzeć się pracy, jaka została włożona w to, co ostatecznie jawi nam się jako coś wyjątkowego – w gruncie rzeczy, stoi za tym coś więcej, niż tylko talent. I gdyby w tym momencie rozległ się głośny protest: „A co z osobami, które mają talent do rysowania, bądź obliczeń i nie są im potrzebne żadne ćwiczenia?”, Artur Król sprytnie odbiłby piłeczkę stwierdzając, że osoby te to tzw. „genialni idioci”, którzy swoje zdolności zawdzięczają nieprawidłowemu funkcjonowaniu mózgu, który im na to pozwala. Dość kontrowersyjny, aczkolwiek ugruntowany w badaniach pogląd, z którym czytelnikowi trudno dyskutować…

Artur Król poprzez książkę „Talent nie istnieje”, próbuje zmienić nasz przekonania – jednym z jego sposobów jest uzmysłowienie nam, że istnieje coś takiego jak „celowe ćwiczenie" i reguła 10 000 godzin treningu, który każdy, kto chciałby kiedykolwiek zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, powinien przebyć, bowiem to trening, a nie ukryte zdolności czynią nas mistrzem. Początkowo ciężko uwierzyć w to, co pisze autor – z każdym jego argumentem wątpliwości czytelnika zostają rozwiane… Psycholog niejednokrotnie powołuje się na znane autorytety naukowców takich jak Thomas Edison., czy Kevin Anders Erricson, który to badał mechanizmy ludzkiej pamięci i jej rozwój. Artur Król jest zdania, że każdą umiejętność da się wyćwiczyć i rozwinąć podobnie jak naszą pamięć – wystarczy tylko podjąć wyzwanie, które w końcu doprowadzi nas na szczyt.

Trzeba przyznać, że autor książki podjął się niezwykle trudnego zadania… Jego przemyślanie spotkały się z krytyką – jego słowa obalające mit talentu wywołały sporą dyskusję, zwłaszcza w środowisku trenerów. Lektura tej książki daje do myślenia, a jej autor analizuje pojęcie „talentu”, skupiając się na tym, skąd się wziął, dlaczego mamy o nim takie, a nie inne mniemanie, jak wpływa na nas i naszą drogę do osobistego rozwoju. Warto zaznaczyć, że książka ta skierowana jest właściwie dla wszystkich – zarówno dla osób, które same chcą popracować nad swoim rozwojem, a także osób, które wskazują innym drogę i pomagają im osiągnąć sukces. Wielkim atutem tej pozycją są przydatne ćwiczenia, które można wykonać podczas lektury, lub po jej skończeniu – w zależności od czasu, jakim aktualnie dysponujemy. Polecam  z czystym sumieniem - publikacji, która wniesie do naszego życia coś cennego i na dodatek poszerzy nasze horyzonty nigdy za wiele.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Konkurs z przygodą w tle



Serdecznie zapraszam do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest książka "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Książkę ufundowało wydawnictwo Świat Książki.


O książce:

„Szwedzki Forrest Gump”! Setne urodziny, huczna impreza w domu spokojnej starości i Allan, jubilat, który wyskakuje przez okno. Mężczyzna rusza w ostatnią życiową podróż. Na dworcu staje się właścicielem pewnej walizki i od tej pory zostaje poszukiwanym. Przemierza Szwecję, zdobywa przyjaciół i ukrywa się przed prokuraturą, która z czasem chce go oskarżyć o potrójne morderstwo. Snuje także opowieść o swojej przeszłości – okazuje się, że jego stuletnie życie było równie absurdalne, co sama ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości. Ta książka to także podróż przez XX w. Allan powiada, jak jadł kolację z Trumanem, leciał samolotem z Churchilem, pił wódkę ze Stalinem...



Aby wziąć udział w losowaniu należy opisać przygodę Waszych marzeń.

Na odpowiedzi czekam do soboty,  (25. 02.2012) do godz. 20.00

Osoby anonimowe proszę o pozostawienie pod wpisem adresu e-mail.

Powodzenia :-)



---------------------------------------------------------------------------------------------

Edit: 

Konkurs wygrywa Ula (ula.sledzinska@gmail.com) Dziękuję wszystkim za udział :) Niebawem kolejny konkurs. 

sobota, 18 lutego 2012

Andrzej Wajda - Rysunki z całego życia

„Rysunki z całego życia” to niesamowita książka, która stanowi zbiór prac pochodzących z ogromnego dorobku znakomitego reżysera Andrzej Wajdy. Książkę tę podzielono na kilka rozdziałów tematycznych, do których przydzielono poszczególne prace. I tak oto mamy rozdziały takie jak ”Znajome twarze” ukazujący osoby znane i cenione przez artystę, a także osoby anonimowe, spotkane przypadkiem. Każda praca opatrzona jest komentarzem mówiącym o tym gdzie dana osoba została poznana lub spotkana. 


Rozdział drugi to „Rysunki do filmów”, czyli szkice, jakie reżyser tworzył podczas realizacji swoich filmów. Znajdują się tutaj twarze, scenerie i sylwetki postaci, które dopiero miały zostać powołane do życia, a także miejsca, które reżyser chciał widzieć w swoich filmach. Jest to niejako film na papierze, tudzież pojedyncze ujęcia, które mają ułatwić pracę samemu reżyserowi. 


W kolejnym rozdziale zobaczyć można rysunki tworzone na potrzeby teatru. Zarówno o rysunkach tworzonych na potrzeby filmu i teatru Wajda pisze tak: 


„W ogromnej większości pozostawały one wyłącznie moją tajemnicą, zawartą w licznych notatkach i zapiskach, gdzie przeplatają się pomysły aktualnych oraz projektowanych prac reżysera. Nie są to projekty kostiumów czy dekoracji. To praca wyobraźni, droga do uświadomienia sobie tego, co pragnę ukazać widzowi. Może dlatego rysunki te pozostają przeważnie tylko w mojej pamięci do czasu, kiedy przystępuję już do pracy z aktorami na scenie lub planie filmowym. Rozpoczynam rysowanie zazwyczaj na długo przed planowaną pracą reżyserską, a porzucam je, kiedy rzeczywistość sceny lub ekranu zaczyna kształtować się na ich podobieństwo, ale rzadko kiedy dosłownie według tego, co wcześniej narysowałem” [1]


Rozdział czwarty to przede wszystkim wizje reżysera, których nie zdołał powołać do życia. Pomysły, które pojawiały się w trakcie pracy – sugestie i wizje, które nigdy nie zostały zrealizowane w formie filmu czy spektaklu. 


Andrzej Wajda to świetny obserwator, co pokazuje nam kolejny rozdział „Byłem, zobaczyłem”. W tej części książki czytelnik znajdzie rysunki ukazujące m.in. widok z okna w Paryżu, pałacowe wnętrze, czy szkice ludzi odwiedzających muzea, ale nie tylko… To również rysunki ukazujące nasze rodzime sady, parki, blokowiska, sanktuaria. 


Zwierzęta domowe to obiekty uchwycone na pracach zebranych w rozdziale „Domowe zwierzęta”. Rozdział ten nie wzbudza takiego zainteresowania, jak ostatnia część książki, która jest zbiorem prac stanowiących ukłon w stronę Japonii, a zarazem próbę uchwycenia jej ulotnego piękna.

Warto przytoczyć słowa reżysera, którego zachwyt nad tym krajem jest idealnym komentarzem do wszystkich prac zebranych w tym rozdziale:

„Te kilkadziesiąt wybranych rysunków przenosi nas w świat dawnej Japonii, jej świątyń, ceremonii, ogrodów cesarskich i teatru. Śledziłem głównie tak odrębne, tak inne szczegóły od naszych […] Wszystko to narysowane w pośpiechu z natury w czasie zwiedzania, z jednym tylko zamiarem, aby uchwycić istotę uciekającego sprzed oczu piękna…” [2]

Rozdział poświęcony Japonii to chyba zbiór najciekawszych rysunków. Doskonale pokazuje sztukę i umiejętność obserwacji, jaką obdarzony został Andrzej Wajda. Zresztą cała ta książka jest tego dowodem… Rysunek stał się dla reżysera głównym sposobem na utrwalenie tego, co widoczne w danym momencie, ale także sposobem na ożywienie swoich myśli i wizji poprzez przelanie ich na papier za pomocą różnych narzędzi plastycznych, co pokazuje, że Andrzej Wajda tworząc, nie ograniczał się w żaden sposób. 


Książka ta to prawdziwe cacko, które warto mieć w swojej kolekcji, o ile lubi się tego typu formę sztuki, jaką jest rysunek. Duży format i dobrej jakości papier kredowy potęgują wrażenia płynące z obcowania z tym albumem.

[1] Rysunki z całego życia, Andrzej Wajda, Warszawa 2011, s. 103
[2] Tamże, s. 229

piątek, 10 lutego 2012

W świecie niekończącego się absurdu (Jeremy Clarkson "Świat według Clarksona. Część 4. W czym roblem?"

Jeremy Clarkson zawsze jawił mi się jako typowy gość od samochodów. Jako, że ja nie przepadam za motoryzacją, unikałam go jak ognia. Do czasu, aż ktoś polecił mi książkę „Na litość boską”. Przeczytałam kilka tekstów znajdujących się w tej książce i … Wpadłam po uszy. Spodobał mi się humor, styl i sposób wyrażania myśli przez prezentera jednego z bardziej znanych programów telewizyjnych poświęconych motoryzacji, a mianowicie Top Gear.

Ostatnia książka prezentera Top Gear nosi podtytuł „W czym problem” i stanowi czwartą już częścią serii „Świat według Clarksona”. Książka ta to 84 felietony i ponad 400 stron ciętego humoru, ironii i frustracji, które czyta się z wielką przyjemnością… Najsławniejszy dziennikarz motoryzacyjny nie skupia się w swoich tekstach na motoryzacji, a na sprawach życia codziennego. Po raz kolejny dziennikarz obiera sobie za główny cel ekologów, polityków i służbę zdrowia. Niejednokrotnie obiektem ataków staje się on sam, co świadczy o dużym dystansie jakim charakteryzuje się Clarkson. Jego cięty jak brzytwa język tylko pomaga mu obnażyć absurdy rzeczywistości i aspekty życia we współczesnej cywilizacji. 


Clarkson rozbawia do łez, o czym czytelnik ma okazję  niejednokrotnie się przekonać. Ale humor to nie wszystko, bo obok zabawnych komentarzy, znajduje się też miejsce na przemyślenia, które zmuszają do zastanowienia się nad wszystkim tym, co dotąd nie zaprzątało naszego umysłu dostatecznie, a co prezenter Top Gear bezlitośnie obnażył przed nami, zrywają klapki tkwiące na naszych oczach. Jego słowa nie tylko mają bawić – mają przede wszystkim ukazać bolączki autora, jego bliskich, i niejednokrotnie nas samych. Clarkson mówi głośno o tym, o czym wiele osób boi się nawet pomyśleć. I chociaż momentami może się wydawać, że mamy do czynienia z satyrykiem, który nie robi nic poza wyśmiewaniem się ze wszystkiego, to w gruncie rzeczy w jego wypowiedziach kryje się sporo racji, nie pozbawionych sensu – racji podszytych lękiem o życie w świecie, w którym na każdym kroku spotkać się można z absurdalnymi rozwiązaniami, które odbierają wszelką radość i zakazami, nie pozwalającymi na wykorzystanie w pełni wolności przysługującej każdemu z nas.

Po raz kolejny autor felietonów dzieli się ze swoimi czytelnikami zaskakującymi obserwacjami i spostrzeżeniami, przy czym trzeba zaznaczyć, że Jeremy Clarkson ani przez chwilę nie boi się ostrej krytyki. I to jest chyba to, co tak przyciągnęło mnie (i zapewne nie tylko mnie) do jego – szczerość i brak zahamować w ujawnianiu szerszej publiczności swojego krytycznego zdania. Prezenter Top Gear to tak specyficzna osoba, że można go kochać, albo nienawidzić… Jedno jest pewne – nie można obok niego przejść obojętnie.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Gdy otworzą się bramy ciemności (Jakub żulczyk "Świątynia")

I oto stało się! W ręce czytelnika trafiła książka „Świątynia”, której autorem jest Jakub Żulczyk, a która to stanowi kontynuacja powieści „Zmorojewo”. Autor po raz kolejny pokazał,  jak dobrze czuje się pisząc powieść fantastyczną.

Udała się Żulczykowi kontynuacja, oj udała… Sięgając po tę książkę myślałam, że na tomie drugim cała ta historia się skończy. Koniec powieści przyniósł jednak miłe zaskoczenie. Jak się okazało to nie koniec przygód Tytusa Grójeckiego i Anki Waszczuk, którzy po raz kolejny musieli się zmierzyć z siłami zła.

Kolejne zaskoczenie spotyka czytelnika w chwili, gdy akcja powieści nabiera tempa… Książka wciąga od samego początku, ale w przeciwieństwie do pierwszej części, która miała swoją premierę w styczniu zeszłego roku, książka nieco się ciągnie. Jakby autor nie mógł się zdecydować, za którą strunę szarpnąć. Jest napięcie i pewność, że prędzej czy później wydarzy się coś złego. I właśnie ten moment zdaje się być odwleczony w nieskończoność. Na całe szczęście moment ten w końcu nadchodzi. W jednej chwili życie bohaterów komplikuje się dostarczając czytelnikowi emocji, które nie pozwalają na odłożenie książki na bok. Dużym plusem tej powieści jest możliwość czytania jej bez znajomości poprzedniego tomu – wątki nawiązujące do poprzedniej części zostały zgrabnie wplecione tekst „Świątyni”. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto jest odbiorcą tej książki – dorośli z pewnością nie będą nią rozczarowani, a młodzież świetnie będzie się bawiła pochłaniając kolejne rozdziały historii trzymającej w napięciu.

Bałam się, czy Żulczyk aby na pewno podoła ciążącemu na nim zadaniu, bo różnie to bywa z seriali bądź trylogiami. Ale muszę przyznać, że autor naprawdę się postarał! Przede wszystkim skupił się na ukazaniu bohaterów reprezentujących ciemność, jak i samego zła. Ciemność, z którą przychodzi się zmierzyć głównym bohaterom przeraża i wywołuje gęsią skórkę. Aż strach pomyśleć, z czym będziemy mieli do czynienia w kolejny tomie. Aż strach pomyśleć, ile trzeba będzie na niego czekać!

 Jakub Żulczyk wciąż zaskakuje  jako pisarz – po raz kolejny nabrałam ochoty, żeby sięgnąć po inne jego książki.

niedziela, 29 stycznia 2012

Edward Gorey i jego osobliwy świat (Edward Gorey - "Osobliwy gość i inne utwory")

Książka „Osobliwy gość i inne utwory”, której autorem jest amerykański ilustrator i rysownik Edward Gorey,  przykuwa uwagę nie tylko ze względu okładkę w kolorze intensywnej fuksji, ale również dzięki urokliwej ilustracji. To właśnie ona podpowiada nam, że będziemy mieli do czynienia z książką inną niż wszystkie. 


Michał Rusinek we wstępnie zaznaczył, że Edward Gorey to nie tylko ilustrator, ale również pisarz balansujący między surrealizmem a makabrą, przeplataną purnonsense, będącym niczym innym jak tylko czystym nonsensem, żartem, bądź dowcipem, w którym mamy do czynienia z efektem komicznym wywołanym przez nielogiczne zestawienie czegoś z sobą.  W książce „Osobliwy gość i inne utwory” udaje nam się poznać Gorey’a bardziej jako ilustratora niż autora zgrabnie operującego słowem, chociaż w swoich dziełach łączy elementy werbalne i wizualne, które okrasza solidną dawką czarnego humoru. 


Dziwna jest ta książka, oj dziwna… Mroczna i makabryczna, a zarazem absurdalna i zabawna. Krótkie podpisy znajdujące się pod ilustracjami, które są niezwykle klimatyczne i dopracowane, można traktować jako swoistego rodzaju komentarze dopełniające całość. Nie wyobrażam sobie, żeby owe ilustracje były ich pozbawione… To w ilustracjach tkwi siła, ale to słowa zapisane pod spodem sprawiają, że mają jeszcze większy wydźwięk. 


Michał Rusinek napisał we wstępie, że książki Gorey’a są tylko z pozoru atrakcyjne dla dzieci – w rzeczywistości, to nie dzieci są ich odbiorami… Gorey to autor wykorzystujący w swoich utworach makabrę i czarny humor – lepiej, żeby jego książki nie trafiły w ręce dzieciaków, zwłaszcza, że w utworze „Cmentarzyk” to właśnie dzieci stają się ofiarami wyszukanych morderstw. 


Trudno uwierzyć, że Gorey ma na swoim koncie ponad sto książek. W zbiorze „Osobliwy gość i inne utwory” znalazło się zaledwie osiem utworów, które łączą w sobie zamiłowanie autora do alfabetyczności. 


Edward Gorey jest chyba bardziej osobliwy, niż bohater, który otrzymał od autora takie miano… Liczę na to, że w niedalekiej przyszłości kolejne jego utwory ukażą się na naszym rynku, bo dzięki niemu nuda czmycha w najdalszy kąt pokoju.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...